Ta historia zdarzyła się 8. stycznia 1997 roku, ale dopiero teraz trafiła do publicznej wiadomości. Załoga kutra z Władysławowa wypłynęła na łowisko oddalone 30 mil od miasta. Wyciągając sieć rybacy spostrzegli, że . Początkowo rzucili ją po prostu na bok pokładu, żeby później kapitan zdecydował, gdzie ją wyrzucić. Niestety trochę "gliny" przylgnęło im do butów i roznieśli ją po całym kutrze.
"Lubię porządek, więc jak zauważyłem na pokładzie bryłę gliny wielkości wiadra, kazałem ją wrzucić do kontenera w porcie. (...) Wieczorem biorę prysznic, patrzę, a " - opowiada portalowi onet.pl Mirosław Jachimkowski, wtedy właściciel kutra. Następnego dnia plam miał więcej. .
Na rękach i twarzach rybaków z plam zaczęły powstawać . Jeszcze po pół roku atakował ich ból gardła i narośle. Jachimowski spędził 19 dni w szpitalu, wycięto mu narośl. Na ręku, w miejscu gdzie . Wtedy w styczniu 1997 roku zarządzono wyprowadzenie skażonego kutra z portu, sprzątaniem zajęły się specjalne chemiczne jednostki wojskowe.
Co wyciągnęli dokładnie nie wiadomo. Na pewno jakieś pozostałości broni chemicznej, którą alianci topili w Bałtyku pod koniec II Wojny Światowej. Najwięcej w okolicach Gotlandii i Bornholmu. jednak ani . Szacuje się, że do roku 1947 w Bałtyku znalazło się od 6,5 do 15 tys. ton bojowych środków trujących. Znajdują się one w minach, pociskach, bombach, ale też w zwykłych pojemnikach, kontenerach, beczkach. W sumie to od . Po 60 latach wiele z tych pojemników i pocisków dawno jest przeżarte rdzą.
Problem skażenia Bałtyku powraca, m.in. na dnie Bałtyku. Planująca go spółka Nord Stream zapewnia, że będzie korzystać z dostępnych danych na temat zatopienia broni chemicznej. Tyle że te są bardzo niedokładne.
Oficjalnie przypadek kapitana Jachimkowskiego, to ostatni raz, gdy wyłowiono broń chemiczną z Bałtyku. Jednak onet.pl dotarł do pana Ryszarda, doświadczonego rybaka z Władysławowa, którego opowieści wskazują na co innego. ". I wcale nie chodzi o to, że mi nie smakują, wręcz przeciwnie. Nie jadam, bo . One żerują przy dnie, tam, gdzie leży ten iperyt. Ale to jest temat tabu" - opowiada pan Ryszard i dodaje, że przypadki wyławiania chemikaliów zdarzaja się znacznie częściej. "Ja sam kilkukrotnie wyławiałem. Nie wiem, co to było, ale na pewno . Wtedy zawsze szyper od razu kazał ciąć sieci, byleby to świństwo nie znalazło się na pokładzie. Potem chodził, mówił: ani słowa w porcie, zostaje to między nami. I tak to jest. " - opowiada.