Dziwi panią, że byłam taka mała i to pamiętam? Znam ludzi, którzy pamiętają różne sytuacje z jeszcze wcześniejszego dzieciństwa, choć niekoniecznie są one
związane z jakimś szokiem. Ja wiem, że nie przyśniło mi się, jak ojciec pochyla się nad moim łóżeczkiem, całuje mnie w usta, wkłada ręce do śpioszków i wierci mi w podbrzuszu bolącą
dziurę.
To była codzienność. Ojciec zawsze znajdował okazję, by się do mnie dobrać. Wystarczyło, że mama wyszła do pracy, a on już przychodził do mojego łóżka. Robił to ze mną także wtedy,
gdy mama była w domu, w drugim pokoju. Zawsze cuchnęło od niego wódką, pocił się i stękał. Nigdy nie nauczyłam się bronić. Czułam strach, obrzydzenie i nie wiedziałam, co się dzieje.
Ojciec zadawał mi ból, a ja nie rozumiałam, dlaczego mi to robi. Jakaś siła zmuszała mnie do posłuszeństwa.
Musiała wiedzieć. Kiedyś poskarżyłam jej, że tata nas podgląda, a ona do niego: „wstydziłbyś się”. I tyle. Innym razem siedzieliśmy przy stole i mój starszy brat nagle
zaczął się śmiać. „Tata się ze mną bawił i chciał, żebyśmy sobie wzięli nawzajem pisiorki do buzi”. Zaczęliśmy się śmiać, a mama nie skomentowała tego ani
słowem.
Ona sama po kąpieli zawsze owijała mnie w ręcznik i zanosiła mu do łóżka, a potem wychodziła do kuchni i starannie zamykała za sobą drzwi. Wtedy jego łapa natychmiast zaczynała błądzić
po moim ciele, a potem odbywał ze mną stosunek. Mama czasem wchodziła do pokoju, on wtedy przestawał się ruszać i szeptał mi do ucha, żebym nie uciekała z pupą, bo mu utrudniam. Ona nigdy
niczego nie zauważała.
Nie potrafię tego wyjaśnić, ale nie mogłam krzyczeć. Ojca trzeba było słuchać. Od maleńkości byłam przez niego wytresowana w bezwzględnym posłuszeństwie. Robiłam wszystko, czego ode
mnie chciał. Nie wiedziałam, co to bunt. Jedyny okres buntu przeżyłam mając 16 czy 17 lat. Ale tylko dlatego, że ojciec się do mnie dobierał rano, a ja chciałam jeszcze spać. Nie dlatego,
że to było złe, tylko po prostu mnie drażniło, że tata budzi mnie tak wcześnie. Doszło nawet do tego, że myślałam, że to, co mnie spotyka jest normalne, że podobne rzeczy robią z
córkami wszyscy sąsiedzi. Pewnie chciałam tak myśleć, żeby mi było lżej?
Tak, bo byłam nieszczęśliwa, cierpiałam. Czułam, że ojciec robi mi krzywdę, ale nie miałam siły, by się od niego oderwać. Podam pani przykład: tata lubił się onanizować w czasie, gdy
my oglądaliśmy dobranockę. Kiedy zauważał, że to widzę, był zachwycony. Ja patrzyłam jak zahipnotyzowana, nie mogłam oderwać od niego wzroku. Wiele lat później oglądałam film
przyrodniczy, w którym wąż boa czaił się na małpkę siedzącą na drzewie. Hipnotyzował ją, a ona siedziała nieruchomo, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. W końcu boa rzucił się na nią
i połknął. Ze mną było tak samo. Rozumieliśmy się z ojcem bez słów. Wiedziałam, że tata chce, żebym obejrzała jego spektakl do końca, i posłusznie to robiłam. Umierałam ze strachu i
patrzyłam. Wiem, że trudno to zrozumieć komuś, kto miał normalnych rodziców.
Raz się odważyłam opowiedzieć o wszystkim mojej wychowawczyni, ale nie uwierzyła mi. Nawet nie chciała wysłuchać, a potem traktowała mnie jeszcze gorzej.
A dokąd? Jak kilkunastoletnia dziewczynka może sobie sama poradzić w życiu? Wylądowałabym w policyjnej izbie dziecka. Kiedy miałam dwadzieścia dwa lata uciekłam w małżeństwo. Zresztą,
tak jak mówiłam, cała ta sytuacja właściwie wydawała mi się normalna. To, jaką zbrodnię popełnił mój ojciec, zrozumiałam dopiero wtedy, gdy moja ośmioletnia wówczas córeczka
przyznała mi się, że dziadek robił jej brzydkie rzeczy. Dopiero wtedy dotarła do mnie cała potworność tego, co mnie spotkało, bo ofiarą było moje dziecko.
A ja – idiotka – nie pomyślałam, że w jego wieku będzie dobierał się do wnuczki. Na kilkanaście minut wyszłam z matką do sklepu. Do dzisiaj nie mogę sobie darować mojej
bezmyślności. Teraz już wiem, że pedofile nie oszczędzają nikogo.
Nie odważyłam się.
A ja miałam opory. Zawsze się wahałam i wszystkiego bałam. Jedyne, co mam na swoje moje usprawiedliwienie to fakt, że nigdy nie miałam w życiu okazji, żeby nauczyć się asertywności.
Zostałam wychowana na ofiarę. Wytresowana. Pierwszym aktem odwagi jest ta moja książka. Pierwszym buntem. Przeciwko rodzicom i samej sobie. Przeciwko wiecznemu brakowi odwagi.
Olbrzymi. Chyba nadal nie wiem, jak wielki. Nad uzyskaniem tej wiedzy męczyłam się na seansach u psychologów i terapeutów. Najgorsze jest to, że wciąż żyję przeszłością. Zaniedbując
teraźniejszość, nie zapracowałam sobie na lepszą przyszłość. Popełniłam w życiu mnóstwo błędów. Odtrącałam i raniłam mężczyzn, którzy byli dla mnie dobrzy i szukałam podobnych
do ojca. Nie potrafiłam się bronić przed nikim, kto ze mnie kpił. Byłam słaba i ludzie tę moją słabość brutalnie wykorzystywali. Potrafiłam tylko płakać. Moja przyjaciółka
stwierdziła kiedyś, że wręcz oczekuję od ludzi, że zrobią mi coś złego. A kiedy nie spełniają tego życzenia, wymyślam coś i zarzucam życzliwym, niewinnym ludziom, że mnie skrzywdzili.
To straszne. Nie potrafię być nikim innym, jak tylko ofiarą! Poza tym nie studiowałam. Zaniedbywałam siebie i swoich bliskich. Nienawidziłam swojego ciała, a więc nigdy nie otworzyłam się
na życie seksualne. Nie mogłam kochać się w ciemności, bo zawsze widziałam twarz ojca. Do dzisiaj czuję wstręt do swojego ciała, nie mogę patrzeć na siebie, bo wydaje mi się, że jestem
odrażająca. A nie daj Boże, gdy muszę iść od ginekologa. Biorę wtedy coś na uspokojenie, żeby zabić w sobie poczucie, że jestem ohydna i lekarz na pewne będzie się brzydził mnie
zbadać.
Tyle tylko, że jemu nigdy nie przyszło do głowy, że robił coś złego, a ja czuję do siebie wstręt. Kiedy jako młoda dziewczyna chodziłam na basen, miałam zawsze wrażenie, że jestem inna.
Myślałam, że jeśli mężczyźni kochają się z kobietami, to muszą czuć coś zupełnie innego, niż gdyby kochali się ze mną. Bo ja jestem skalana, obrzydliwa, śmierdzę. Był czas, że
myłam się kilka razy dziennie i ciągle myślałam, że jestem brudna. Mój mąż też mi nie pomógł, był oschły, nieczuły, nie lubił mojego ciała, choć nigdy mu nie powiedziałam, co mi
się przydarzyło. Ale przecież nauczyciele i koledzy w szkole też nie wiedzieli, co dzieje się w naszym domu, a mimo to traktowali mnie zawsze jak kogoś gorszego. Śmiali się ze mnie, wytykali
palcami, odrzucali mnie. Dlaczego? Jakbym miała wszystko wypisane na czole! Ludzie są jak psy, które atakują, jeśli poczują zapach strachu. Kiedy wyczują ofiarę zadają jej ból. Ofiara
wyzwala w nich najgorsze instynkty.
Matkę. Jego jeszcze mogę usprawiedliwiać, bo miał ciężkie dzieciństwo, był bity i może dlatego został dewiantem. Ojciec przed samą śmiercią usiłował mnie nawet przeprosić. Zadzwonił
i powiedział: „Przepraszam”. Całe życie na to czekałam, długie 45 lat. Wsiadłam w samochód, pojechałam do domu i usiadłam przy jego łóżku. A on płakał.
Natychmiast. Było mi to chyba potrzebne, bo nienawiść zżera tego, kto nienawidzi. Ale nie uwierzyłam w jego skruchę. Pewnie bał się kary boskiej, bo za życia nikt go nie ukarał i na wszelki
wypadek przeprosił. Mamie jednak nie potrafię wybaczyć. Każda suka chroni swoje młode, a ona wolała zamykać oczy. Ja myślę, że moja mama chciała mieć prostu święty spokój. Wiem, że to
okrutne podejrzenie, ale nie potrafię znaleźć innego wytłumaczenia. Ona też się go bała, bo zawsze ją bił. Matka wciąż udaje, że w naszym domu nie działo się nic złego. Myślałam, że
po śmierci ojca to się zmieni. Myliłam się. Teraz buduje mu pomnik wspaniałego ojca rodziny.
Też zadaję sobie to pytanie. Wiem, że to zbyt późno. Mam jednak nadzieje, że może mam jeszcze szanse na normalność, na trochę szczęścia? Najpierw musiałam odważyć się zacząć w
ogóle o tym rozmawiać, pójść do psychologa, przejść terapię. Poradził mi, żebym napisała list do obojga rodziców. Nie potrafiłam tego zrobić, bałam się. Moja książka jest właśnie
takim nie wysłanym listem do mamy i taty.
Bardzo. Kiedy pisałam, wyłam z bólu. Siedziałam w domu sama, patrzyłam na moją fotografię z czasów gdy miałam sześć lat i płakałam. Jeszcze raz musiałam przez to wszystko przejść,
wyrzygać tę truciznę. Teraz trzymam moją książkę pod poduszką i codziennie do niej zaglądam.
Nie, to nie tak. Im częściej zaglądam do tej książki, tym bardziej żegnam się z moją przeszłością. Myślę, że przyjdzie taki dzień, kiedy nie będę musiała już jej czytać. Chcę
zamknąć pewien rozdział w moim życiu, a będę mogła to zrobić, gdy przeszłość stanie mi się obojętna. Teraz jest mi już dużo lżej. Czytam sobie historię dziewczynki, która powoli
przestaje być mną.
To prawda, pewne rzeczy wciąż bardzo bolą. Nie mogę powstrzymać się od płaczu, gdy dochodzę do rozdziału, w którym zginął pod kołami samochodu mój ukochany piesek. Pamiętam, jak
błagałam go, by się obudził - nie wierzyłam, że już nie żyje. Ciągle mam żal do matki, że nigdy nie zapytała, gdzie go pochowałam, że nie przyszło jej do głowy, by kupić mi innego
zwierzaka. Kogoś, kto by mnie kochał. Dalej ryczę, bo ciągle tęsknię za miłością.
Bardzo długo się nad tym zastanawiałam. Początkowo uważałam, że powinnam książkę podpisać swoim panieńskim nazwiskiem, bo największa krzywda przydarzyła mi się w dzieciństwie. Ale w
końcu uznałam, że nie jestem na to gotowa. Wiem, że moja siostra czy brat nie wybaczyliby mi, że wywlekam rodzinne brudy. Bałam się też presji społecznej. Żyjemy w kraju, gdzie kobietę
zgwałconą bardziej się obwinia niż gwałciciela. „A po co tam chodziła? A dlaczego w spódniczce? Pewnie go sprowokowała? Pewnie sama chciała?” Poza wszystkim nie chciałam
osądzać moich rodziców, tylko pokazać, że takie rzeczy się zdarzają.
Niech krzyczą o tym, co się im dzieje. Boję się tylko, że nie każde dziecko to potrafi. Ja nie umiałam krzyczeć.
*Halszka Opfer jest autorką książki "Kato-tata, nie-pamiętnik", wydanej właśnie przez wydawnictwo Jacek Santorski&Co