Noc była długa i nieprzyjemna... Przenikliwe zimno nie dawało zasnąć, a śpiwory nie chroniły od lejącego deszczu. Ale oczekiwanie na papieską mszę to wzruszające przeżycie, którego nie da się porównać z niczym innym!
"Czuwałam przed wszystkimi spotkaniami z Janem Pawłem II. Teraz czuwam dla Benedykta XVI" - mówi nam zmęczona, ale szczęśliwa, pani Małgorzata z Mińska
Mazowieckiego. W oczekiwaniu na papieża spędziła całą noc na warszawskim placu Piłsudskiego.
Najwytrwalsi, jak pani Małgorzata, przybyli na plac już wczoraj wieczorem. Niektórzy, by zająć jak najlepsze miejsce, tuż przy ołtarzu. Inni, z gorącej potrzeby serca, by - czy to w samotności, czy w bliskości z innymi ludźmi - jak najlepiej przygotować się do duchowego przeżycia...
Tuż po 3 w nocy organizatorzy zaczęli wpuszczać ludzi do sektorów. Tu wiernych dopadło pierwsze rozczarowanie. "Kto to wymyślił!? Tam się nie da przejść! To jest straszne!" - komentowali zirytowani pielgrzymi. Płotki wokół sektorów ustawiono tak, że powstał istny labirynt! "To szatański pomysł!" - narzekali niektórzy.
Jednak wytrwale brnęli wśród metalowych ogrodzeń, jak najbliżej ołtarza. Po 8 zaczęło znowu kropić, ale to nie stanowiło dla wiernych problemu. "Szkoda, że pada. Ale może to jest dla nas oczyszczający deszcz?" - zastanawiała się starsza pani, która była na wszystkich mszach Jana Pawła II.
Tuż po 9 plac już pękał w szwach. Wierni ustawiali się między drzewami Ogrodu Saskiego. Wszyscy cierpliwie czekali na pierwsze słowa Benedykta XVI.
"To jest nasz papież, mimo że słabo mówi po polsku" - przekonywała pani Elżbieta z Warszawy. "Kocham papieża! Jego oczy świadczą o tym, że to bardzo dobry człowiek" - zwierzała się studentka z Opolszczyzny. Przyjechała zobaczyć głowę Kościoła po raz pierwszy w życiu. Wytrwale czekała na placu od 4 rano. "Bardzo bym chciała go zobaczyć, ale jest tłum ludzi. Wszędzie są parasole. Nie wiem, czy się uda" - ubolewała.
Rzeczywiście, wierni nie posłuchali organizatorów, by nie wnosić parasoli. Gdy mżawka przerodziła się w strugi deszczu, na placu wyrósł las wielobarwnych parasoli.
Najwytrwalsi, jak pani Małgorzata, przybyli na plac już wczoraj wieczorem. Niektórzy, by zająć jak najlepsze miejsce, tuż przy ołtarzu. Inni, z gorącej potrzeby serca, by - czy to w samotności, czy w bliskości z innymi ludźmi - jak najlepiej przygotować się do duchowego przeżycia...
Tuż po 3 w nocy organizatorzy zaczęli wpuszczać ludzi do sektorów. Tu wiernych dopadło pierwsze rozczarowanie. "Kto to wymyślił!? Tam się nie da przejść! To jest straszne!" - komentowali zirytowani pielgrzymi. Płotki wokół sektorów ustawiono tak, że powstał istny labirynt! "To szatański pomysł!" - narzekali niektórzy.
Jednak wytrwale brnęli wśród metalowych ogrodzeń, jak najbliżej ołtarza. Po 8 zaczęło znowu kropić, ale to nie stanowiło dla wiernych problemu. "Szkoda, że pada. Ale może to jest dla nas oczyszczający deszcz?" - zastanawiała się starsza pani, która była na wszystkich mszach Jana Pawła II.
Tuż po 9 plac już pękał w szwach. Wierni ustawiali się między drzewami Ogrodu Saskiego. Wszyscy cierpliwie czekali na pierwsze słowa Benedykta XVI.
"To jest nasz papież, mimo że słabo mówi po polsku" - przekonywała pani Elżbieta z Warszawy. "Kocham papieża! Jego oczy świadczą o tym, że to bardzo dobry człowiek" - zwierzała się studentka z Opolszczyzny. Przyjechała zobaczyć głowę Kościoła po raz pierwszy w życiu. Wytrwale czekała na placu od 4 rano. "Bardzo bym chciała go zobaczyć, ale jest tłum ludzi. Wszędzie są parasole. Nie wiem, czy się uda" - ubolewała.
Rzeczywiście, wierni nie posłuchali organizatorów, by nie wnosić parasoli. Gdy mżawka przerodziła się w strugi deszczu, na placu wyrósł las wielobarwnych parasoli.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl