Nam pokazał sens trwania w wierze, duchownym bezsens zajmowania się polityką, wreszcie światu, że miejsce niewyobrażalnej kaźni, Auschwitz, może być pomostem między religiami. Wszyscy zaś pokochaliśmy Benedykta XVI, który na naszych oczach z "pancernego kardynała" przemienił się w "Benedetto", Naszego Papieża.
Początki były - tak jak oczekiwano - dosyć trudne. Przyjechał do nas jako żelazny kardynał Ratzinger, mało znany Polakom, w dodatku Niemiec. I choć przywitał nas
po polsku, pozdrawiał z okna papamobile, pierwszego dnia widać było wyraźnie dystans.
Ale te lody stopniały zaledwie w jeden dzień. Podczas piątkowej mszy na pl. Piłsudskiego, gdy papież - po nabożeństwie - niespodziewanie wszedł w tłum wiernych i przywitał się z nimi. Nie bał się o swoje bezpieczeństwo, był spokojny, uśmiechnięty, wręcz dobrotliwy. Z pobłażaniem patrzył na zszokowaną ochronę i z radością na wiwatujące tłumy.
To wtedy jego pancerz pękł. Od tej chwili było już tylko lepiej. Papież zaczął reagować spontanicznie, robił niespodzianki, zaskakiwał. Wychodził do wiernych ze swojej rezydencji: w Pałacu Arcybiskupów w Krakowie, czy wcześniej w warszawskiej Nuncjaturze Apostolskiej, żeby nas zobaczyć, uśmiechnąć się i pozdrowić po polsku.
Wtedy Polacy zaczęli mu tę sympatię odwzajemniać. Skandowano: "Benedetto! Benedetto!" i "Nasz Papież!".
A w Krakowie to była już prawdziwa euforia. Gdy Benedykt XVI pojawił się w słynnym papieskim oknie, były łzy ogromnego wzruszenia i radosne okrzyki: "Kochamy Cię!". Śpiewano "Barkę", wydawać by się mogło, pieśń zarezerwowaną dla Jana Pawła II. To zrobiło na nim największe wrażenie. Kraków Jana Pawła nazwał swoim Krakowem.
Motto tej pielgrzymki: "Trwajcie mocni w wierze" Benedykt XVI zaszczepiał przez te cztery dni w naszych sercach. Nieprzypadkowo na jej miejsce wybrał właśnie Polskę - ojczyznę Jana Pawła II i nas - naród umęczony przez historię, ale ciągle silnie wierzący.
Dlatego prosił nas na krakowskich Błoniach, "byśmy wciąż byli świadkami Jezusa żyjącego w Kościele i w ludzkich sercach, byśmy byli silni w wierze i dzielili się nią z innymi narodami".
Ciekawe, że na Benedykta XVI otworzyła się też młodzież. Mimo że papież nie jest tak charyzmatyczny jak Jan Paweł II, nie żartuje i niesie przesłanie konserwatywnej wiary, pokolenie MTV i internetu słuchało w skupieniu jego słów, gdy mówił, "by nie lękali się budować swojego życia w Kościele i z Kościołem". I że "mogą na niego liczyć". Setki tysięcy młodych ludzi odpowiadało: "Kochamy Cię".
Polaków ujęło także to, że zbliżył się do zwykłego człowieka, cierpiącego i wątpiącego, zaś skarcił duchownych. Ojciec Święty potępił to, co się ostatnio dzieje w polskim kościele - m.in. mieszanie się do polityki. W archikatedrze warszawskiej powiedział wprost, że kapłani muszą być specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem, a nie ekspertami w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki.
Świat z uwagą śledził każdy gest, każde słowo papieża w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. To był akt wielkiej odwagi. Ze straszną historią musiał zmierzyć się jako Niemiec i katolik jednocześnie.
Wtedy Benedykt XVI wypowiedział poruszające słowa: "Panie, dlaczego milczałeś? Dlaczego na to przyzwoliłeś? W tej ciszy chylimy czoło przed niezliczoną rzeszą ludzi, którzy tu cierpieli i zostali zamordowani. Cisza ta jest jednak głośnym wołaniem o przebaczenie i pojednanie, modlitwą do żyjącego Boga, aby na to nie pozwolił nigdy więcej".
Te słowa rozeszły się wielkim echem po całym globie. To przesłanie ważne dla wielkich i maluczkich tego świata. Bóg jest miłością, nie zaś nienawiścią, a powoływanie się na Niego, gdy zadaje się cierpienie, jest bluźnierstwem, niezależnie od miejsca i czasu. "Wiara jest przepustką do nowego stworzenia" - powiedział papież. To wiara w Boga, wiara w miłość, wiara w pojednanie...
Ale te lody stopniały zaledwie w jeden dzień. Podczas piątkowej mszy na pl. Piłsudskiego, gdy papież - po nabożeństwie - niespodziewanie wszedł w tłum wiernych i przywitał się z nimi. Nie bał się o swoje bezpieczeństwo, był spokojny, uśmiechnięty, wręcz dobrotliwy. Z pobłażaniem patrzył na zszokowaną ochronę i z radością na wiwatujące tłumy.
To wtedy jego pancerz pękł. Od tej chwili było już tylko lepiej. Papież zaczął reagować spontanicznie, robił niespodzianki, zaskakiwał. Wychodził do wiernych ze swojej rezydencji: w Pałacu Arcybiskupów w Krakowie, czy wcześniej w warszawskiej Nuncjaturze Apostolskiej, żeby nas zobaczyć, uśmiechnąć się i pozdrowić po polsku.
Wtedy Polacy zaczęli mu tę sympatię odwzajemniać. Skandowano: "Benedetto! Benedetto!" i "Nasz Papież!".
A w Krakowie to była już prawdziwa euforia. Gdy Benedykt XVI pojawił się w słynnym papieskim oknie, były łzy ogromnego wzruszenia i radosne okrzyki: "Kochamy Cię!". Śpiewano "Barkę", wydawać by się mogło, pieśń zarezerwowaną dla Jana Pawła II. To zrobiło na nim największe wrażenie. Kraków Jana Pawła nazwał swoim Krakowem.
Motto tej pielgrzymki: "Trwajcie mocni w wierze" Benedykt XVI zaszczepiał przez te cztery dni w naszych sercach. Nieprzypadkowo na jej miejsce wybrał właśnie Polskę - ojczyznę Jana Pawła II i nas - naród umęczony przez historię, ale ciągle silnie wierzący.
Dlatego prosił nas na krakowskich Błoniach, "byśmy wciąż byli świadkami Jezusa żyjącego w Kościele i w ludzkich sercach, byśmy byli silni w wierze i dzielili się nią z innymi narodami".
Ciekawe, że na Benedykta XVI otworzyła się też młodzież. Mimo że papież nie jest tak charyzmatyczny jak Jan Paweł II, nie żartuje i niesie przesłanie konserwatywnej wiary, pokolenie MTV i internetu słuchało w skupieniu jego słów, gdy mówił, "by nie lękali się budować swojego życia w Kościele i z Kościołem". I że "mogą na niego liczyć". Setki tysięcy młodych ludzi odpowiadało: "Kochamy Cię".
Polaków ujęło także to, że zbliżył się do zwykłego człowieka, cierpiącego i wątpiącego, zaś skarcił duchownych. Ojciec Święty potępił to, co się ostatnio dzieje w polskim kościele - m.in. mieszanie się do polityki. W archikatedrze warszawskiej powiedział wprost, że kapłani muszą być specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem, a nie ekspertami w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki.
Świat z uwagą śledził każdy gest, każde słowo papieża w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. To był akt wielkiej odwagi. Ze straszną historią musiał zmierzyć się jako Niemiec i katolik jednocześnie.
Wtedy Benedykt XVI wypowiedział poruszające słowa: "Panie, dlaczego milczałeś? Dlaczego na to przyzwoliłeś? W tej ciszy chylimy czoło przed niezliczoną rzeszą ludzi, którzy tu cierpieli i zostali zamordowani. Cisza ta jest jednak głośnym wołaniem o przebaczenie i pojednanie, modlitwą do żyjącego Boga, aby na to nie pozwolił nigdy więcej".
Te słowa rozeszły się wielkim echem po całym globie. To przesłanie ważne dla wielkich i maluczkich tego świata. Bóg jest miłością, nie zaś nienawiścią, a powoływanie się na Niego, gdy zadaje się cierpienie, jest bluźnierstwem, niezależnie od miejsca i czasu. "Wiara jest przepustką do nowego stworzenia" - powiedział papież. To wiara w Boga, wiara w miłość, wiara w pojednanie...
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl