A miało być tak pięknie: wylegiwanie się na plaży, pluskanie w czystym, ciepłym morzu. Szalone wieczory w miejscowych knajpach, luksusowy hotel...
Ale zdarza się, że zamiast pięknego hotelu czeka nas nocleg pod chmurką, bo nagle okazuje się, że nikt nie opłacił obiecanego apartamentu. Ludzie, którzy mamili nas obietnicami superwakacji, wyłączyli telefony, bo właśnie ogłosili, że ich biuro podróży zbankrutowało. Nie załatwili nam nawet transportu do domu!
Na własnej skórze doświadczyło tego kilkuset wycieczkowiczów, którzy w 2004 r. wyjechali do ciepłych krajów z "Juventurem". Zaciskali z bezsilności pięści. Wiadomość, że biuro podróży, z którym wyjechali, padło, spadła na nich jak grom z jasnego nieba. Bo przecież "Juventur" uważany był za dużą, solidną spółkę...
Rozczarowali się też klienci biura "Meltemi", którzy w ubiegłym roku zapłacili mu za wyjazd na Kretę. Kiedy firma padła, jedni już odliczali dni do wyjazdu, inni właśnie zaczęli urlopy. Kilka godzin tkwili przed hotelami, czekając w napięciu, co dalej. Na szczęście ubezpieczyciel i wojewoda załatwili jakiś nocleg, a potem samolot, który dowiózł ich na polską ziemię.
Ale największy koszmar przeżyli ludzie, którzy z biurem "El Greco" pojechali do Egiptu. Przez cztery dni i noce musieli koczować na lotnisku w egipskim kurorcie! Bezsilnie czekali, aż ktoś wyrwie ich z tego piekła, które miało być wczasowym rajem...
Podobnie padały firmy "Big Blue Travel" i "SDS Holiday". Teraz dołączyło do nich "Open Travel". Kiedy następne?