Nic dziwnego, że Daniel S. broni się, jak tylko może. Dostał wyrok 15 lat więzienia za pomoc w zabójstwie 4-letniego Michałka. I rzuca oskarżeniami w policjantów. "Bili mnie. Miałem siniaki" - skarży się. I twardo obstaje przy wersji, że jest niewinny. Że zimą 2001 roku ze swoim kompanem Robertem K. nie wrzucił do lodowatej wody małego Michałka. I że nie widział, jak chłopczyk tonie. "Nie było mnie tam. Pojechałem autobusem do domu" - bije się w piersi.
Jednocześnie wszelkimi sposobami próbuje wmówić sądowi, że matka Michałka, Barbara S., nie zleciła tego morderstwa. "Nigdy nie mówiła, że chce się go pozbyć" - tłumaczy.
Czy sąd da wiarę słowom mordercy, dowiemy się przy wyroku. A to już trzeci proces matki chłopca. Prokurator żąda dla niej kary dożywocia, bo twierdzi, że to ona była mózgiem tej zbrodni. Za pierwszym razem kobieta dostała 25 lat więzienia. Kolejne sądy ją uniewinniały.