Rano zjadł śniadanie, założył kapcie i zabrał psa na spacer. Nie zdążył nawet zapalić papierosa, gdy na plecy wskoczyło mu kilku ogromnych policjantów. Rzucili go na ziemię i szybko zakuli w kajdanki. Bandyta był całkowicie zaskoczony.
I nic dziwnego, bo stołeczna policja wytropiła go aż w Nidzicy (woj. warmińsko-mazurskie). Tam się ukrywał.
Antyterroryści sprawdzili też jego samochód. I nie mogli wyjść z szoku, gdy otworzyli bagażnik. Leżało tam 150 równiutko pouukładanych butelek wódki. Oczywiście podrobionej. Jeszcze większą niespodziankę przeżyli, gdy zajrzeli do piwnicy domu "Wariata". Tam pełną parą pracowała nielegalna rozlewnia alkoholu. W kącie stało 150 litrów czystego spirytusu, 400 półlitrówek, leżał stos banderoli, naklejki na butelki, kapsle. Tylko brać, rozlewać, kapslować i lecieć z tym na bazar.
"Wariat" długo pracował na swój pseudonim. W warszawskim światku przestępczym zasłynął jako niezły brutal. Swoje ofiary bił rękojeścią pistoletu gazowego, podszywał się pod policjanta i napadał na tiry, wymuszał haracze, kradł luksusowe samochody na zamówienie. Działał w grupie "Przeszczepa", dobrze znanego policji pruszkowskiego gangstera.