Gdy policjanci przyjechali na miejsce, najpierw nie mogli się nadziwić całej historii, a potem wpakowali obu mężczyzn za kratki. Złodziej, kiedy się wyliże, stanie przed sądem za włamanie. A krewkiemu stróżowi zabawa siekierą może ujść płazem - jeżeli sąd uzna, że dozorca po prostu się bronił.
I nie można się dziwić zaskoczeniu policjantów. Bo to, co w nocy działo się na jednym z gliwickich osiedli, przypomina hollywoodzki film sensacyjny.
Złodziej nie przeczuwając niczego niezwykłego, spokojnie włamał się do domku jednorodzinnego. I zaczął myszkować. Wtem, jak spod ziemi, wyrósł przed nim uzbrojony w siekierę stróż.
Rzucił się na rabusia i zaczął walić obuchem na oślep. Przerażony złodziej czmychnął do samochodu, zamknął się na cztery spusty i czekał, aż stróż-furiat się uspokoi.
Nic z tego! Dozorca nie poddawał się - wybił szybę w aucie i dorwał się do kierownicy. Samochód wylądował na górze piasku i… utknął. Złodziej zaczął powoli żegnać się z
życiem, bo niezmordowany stróż bez przerwy wymachiwał siekierą. Gdy ratunku znikąd nie było widać, jedynym krokiem było wykręcić 997 i wezwać policję.