Leki walające się w magazynie nie miały żadnych oznaczeń na fiolkach. Leżały w metalowych koszach. Praktycznie każdy mógł je wynieść lub zapakować w pudełko po innym leku. To, co działo się w fabryce leków Jelfa w Jeleniej Górze, można śmiało określić: bałagan. Tak też mówi specjalny raport, sporządzony przez Głównego Inspektora Farmaceutycznego.
Mało tego. Kontrola wykazała, że w okresie, kiedy była wytwarzana feralna seria corhydronu, próbki z fiolek do analizy pobierano w magazynie, a nie w specjalnie wydzielonym pomieszczeniu.
"Warunki wytwarzania wszystkich produktów leczniczych mogą powodować bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia ludzi. Stwierdzono rażące naruszenie podstawowych zasad systemu zapewnienia jakości, będącego częścią Dobrej Praktyki Wytwarzania, do którego wdrożenia i utrzymywania zobowiązany jest każdy wytwórca produktów leczniczych. Wymóg ten nie został spełniony" - czytamy w dokumencie, nakazującym wstrzymanie całej produkcji.
Fabrykę Jelfa zamknięto na wyraźne polecenie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Trwa kontrola. Wczoraj na ulice Jeleniej Góry wyszła załoga firmy, przestraszona tym, że może stracić pracę. Jednak minister zdrowia Zbigniew Religa uspokaja, że natychmiast po tym, jak kontrolerzy wyjdą z Jelfy, produkcja zostanie wznowiona. Oczywiście pod warunkiem, że nie zostaną wykryte jakieś nieprawidłowości.
Kierownictwo resortu zdrowia liczy, że w ciągu tygodnia powstanie pełny raport z inspekcji kontrolerów farmaceutycznych w Jelfie, będzie pełna wiedza o wadliwych fiolkach corhydronu, a produkcja w zakładzie zostanie przywrócona.
Jeleniogórska prokuratura wszczęła wczoraj śledztwo w sprawie "sprowadzenia niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu ludzi" poprzez wyrabianie przez Jelfę i wprowadzenie do obrotu szkodliwej dla zdrowia substancji corhydron. W jednej z partii corhydronu, produkowanego przez Jelfę, zamiast tego leku znajduje się inny silny specyfik, stosowany do znieczulania podczas operacji. Jako pierwszy napisał o tym DZIENNIK.