Była to jego druga misja na pustyni. Przez jedenaście lat służby starszy sierżant Tomasz Murkowski zawsze wracał szczęśliwie. Tym razem miało być inaczej. W sobotę o wpół do szóstej rano w drzwiach mieszkania państwa Murkowskich w Elblągu stanął oficer z kamienną twarzą. Pani Małgorzata znała go dobrze. Był dowódcą jej męża. Nie wiedziała, co się dzieje, o co chodzi. Obok wojskowego stał jej ojciec. Mieszka kilka pięter wyżej. O śmierci zięcia dowiedział się chwilę wcześniej.
Dowódca z tragiczną wiadomością poszedł najpierw do niego. "Gdy zobaczyłem szefa Tomka, przeszedł mnie zimny dreszcz. Wiedziałem, że coś złego musiało się stać" - opowiada cichym głosem ojciec pani Małgorzaty Zbigniew Olszowy.
Teraz pan Zbigniew po raz drugi usłyszał hiobową wieść. „Pani mąż nie żyje” - wycedził matowym głosem. Wszedł do mieszkania. Zrozpaczona rodzina usłyszała dramatyczną historię, która miała miejsce kilka godzin wcześniej w odległym Iraku.
"Mamusiu to nieprawda, co mówili ci panowie. Tatuś wróci. Przecież mnie kocha. By mnie samej nie zostawił" - powtarzała 7-letnia córeczka Agnieszka.
Gdy pierwsze uczucia smutku i przygnębienia opadły, górę u ojca pani Małgorzaty wzięła złość. "To nie jest nasza wojna. To wojna Amerykanów" - krzyczał z bólu Zbigniew Olszowy. "Już dość tam przelało się naszej polskiej krwi. I nie wiadomo za co. Niech nasze dzieci wracają już do domów. Ta wojna nic nie daje" - mówił wzburzony mężczyzna.