We wtorek, gdy usłyszała nazwisko swojego męża na liście zaginionych, świat jej się zawalił. Pojechała natychmiast do "Halemby", siedziała w stołówce do drugiej w nocy. Bez skutku... Wróciła do domu, dziewięcioletnia córka nie spała: czekała na nią przy drzwiach.
"Powiedz, że znaleźli tatusia! Powiedz, że go przyprowadziłaś!" – łkała głośno Patrycja.
Niestety, pani Mariola nie miała dla córki żadnych dobrych wiadomości. Przytuliła ukochaną córeczkę i położyła ją spać. Rano Patrycja nie poszła do szkoły. Została w domu z
dziadkiem. Ciągle czekała na tatę. Łzy jak grochy, cały czas ciekły jej po policzku. Patrzyła w kółko błagalnym wzrokiem na mamę, która ciągle wydzwaniała do Halemby. I ciągle
słyszała to samo: że ratownicy musieli się wycofać z miejsca tragedii, że groziło drugim wybuchem, że nadal nic nie wiadomo, co z Krystianem...
O 9 rano znów zapaliła się iskierka nadziei: ratownicy znów zeszli kilometr pod ziemię i wznowili poszukiwania. "Modlimy się, tylko to nam pozostało" - ucięła krótko.
Mijała 20. godzina od katastrofy. Ugotowała obiad i tuliła Patrycję, tłumacząc, że w kopalni dzielni ratownicy robią wszystko, by uratować jej tatę.
"Patrycja była bardzo zżyta z ojcem. Lubili się razem bawić, chodzić na spacery. To takie oczko w głowie tatusia" – szlocha pani Mariola.
Krystian Gaszka utrzymywał z pracy w kopalni całą rodzinę. Ale przede wszystkim był wspaniałym ojcem i kochającym mężem. W styczniu mija 15 lat od ich ślubu. "Chcieliśmy odnowić śluby w kościele, wyremontować mieszkanie. Mieliśmy tyle planów..." - zamyśla się żona górnika.
Przeczuwała, że tego feralnego dnia może stać się coś złego... Był smutny, lekko zdenerwowany. Miał iść do pracy na pierwszą zmianę, ale przerzucili go na tę drugą,
popołudniową.
"Wziął więcej chleba do roboty" - wspomina pani Mariola. "Zrobiłam mu dwa razy więcej kanapek niż zwykle. Nie wiem, może czuł, że będzie w potrzebie, może
liczył, że ten chleb go uratuje. Nie wiem już nic. Tylko czekam..."