Te wstrząsające informacje przekazał DZIENNIKOWI pracownik administracyjny w kopalni, prosząc - z oczywistych powodów - o niepodawanie w gazecie jego nazwiska: "Oni na dole nie dawali rady. Dyrektorzy się wściekali, że demontaż tak długo trwa. Tam było tak niebezpiecznie, że już dzień przed wypadkiem niemal cały dzień wietrzyli pokład. We wtorek rano zapadła decyzja, że z uwagi na bezpieczeństwo następnego dnia zjadą ratownicy i to oni będą kontynuować prace. Ale we wtorek po południu cała grupa zginęła" - opowiedział.
Potwierdza to pracownik firmy Mard: "Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później dojdzie do wybuchu. To była kwestia czasu. Ale szefostwu zależało, żeby jak najszybciej wyrabować obszar między 230 a 130 zestawem (zdemontować kolejne fragmenty maszyn). Tam było bardzo niebezpiecznie, więc chodziło o szybkie wycofanie sprzętu. Bo drogi, bo dużo kosztuje".
Warto dodać, że wynajęcie ratowników do prac pod ziemią jest znacznie droższe niż "zwykłych" górników, nawet dwukrotnie. Problemy z metanem w kopalni "Halemba" były już od roku. DZIENNIK dotarł do górników, którzy to potwierdzają. "Pracowałem, a mój wskaźnik metanu pokazywał 5 proc. Powinno być zero. Zarówno zarząd kopalni, jak i szefostwo Marda doskonale o tym wiedzieli. Ale naciskali na sztygarów. Na nas też. Chcesz pracować, nie podskakuj" - opowiada jeden z nich.