"Nie umiem powiedzieć, jak bardzo żałuję chwili słabości, która zaprowadzi mnie przed sąd. Pragnę wszystkich przeprosić i błagam Boga o pokutę, którą odkupię swoją
winę" - mówi "Faktowi" skruszony kapłan.
Była już ciemna noc, kiedy jechał szosą pod Zieloną Górą. Ksiądz Marek sam nie wie, dlaczego tego wieczoru usiadł za kierownicą auta, skoro kilka godzin wcześniej był na przyjęciu u
znajomych i pił alkohol. Potem, tuż przed wyjazdem do parafii, wypił jeszcze jedno piwo. Jedno, ale za to mocne, irlandzkie.
Nagle za nissanem księdza pojawił się radiowóz na sygnale. Policjanci zajechali mu drogę i zatrzymali jadący zygzakiem samochód.
Zażądali dokumentów, a chwilę potem podsunęli alkomat. Ksiądz odmówił poddania się badaniu. Wiedział, co pokaże alkomat.
Funkcjonariusze drogówki pewni, że duchowny jest pijany wezwali lawetę, która miała zabrać samochód księdza na policyjny parking, a jego samego zawieźli radiowozem do izby wytrzeźwień, by tam pobrać krew do badania. Jego wynik nie pozostawiał żadnych wątpliwości – 1,3 promila...