Według naszych informacji, Serafin osobiście zadzwonił po północy w nocy z piątku na sobotę na komisariat na warszawskim Dworcu Centralnym. Obecny dyrektor w MSWiA przed laty pracował w kolejowym komisariacie, a potem był zastępcą szefa wydziału prewencji Komendy Stołecznej Policji. Poprosił kolegów o przysługę, bo nie zdążył na pociąg do Siedlec, a następny pociąg miał być dopiero po godz. 3. W dodatku z przesiadką.
Komendant komisariatu kolejowego Waldemar Płoński, wbrew wszelkim procedurom, wyznaczył 33-letniego sierżanta Tomasza Twardo i 28-letnią starszą posterunkową Justynę Zawadkę, by odwieźli
urzędnika do domu. Cała trójka w podróż do Siedlec pojechała nieoznakowanym, policyjnym polonezem. Policjanci zaginęli w drodze powrotnej do Warszawy.
"Urzędnik MSWiA spieszył się do domu do Siedlec, bo następnego dnia miał wyjechać służbowo za granicę. Nie mógł sobie poradzić, dlatego poprosił znajomych funkcjonariuszy o
pomoc" - tłumaczy dziennikowi.pl rzecznik MSWiA Tomasz Skłodowski. "Ta prośba nie powinna mieć miejsca" - przyznaje. Zapowiada, że we wtorek urzędnik trafi na dywanik
do szefa MSWiA Ludwika Dorna i to on zdecyduje o karze dla swojego podwładnego.
Policja wszczęła już postępowanie dyscyplinarne przeciwko szefowi komisariatu kolejowego Waldemarowi Płońskiemu - poinformował dziennik.pl Paweł Biedziak z Komendy Głównej Policji. Komenda
wysłała też materiały sprawy do prokuratury.
Tymczasem poszukiwania dwójki zaginionych policjantów wciąż trwają. Jak twierdzi Biedziak, osobiście brał w nich udział komendant główny policji Marek Bieńkowski. Po raz ostatni zaginieni
byli widziani na stacji paliw Statoil w miejscowości Gręzów pod Siedlcami.
Zaginiony sierżant Tomasz Twardo służył w policji od czterech lat. Czeka na niego żona i kilkuletnia córeczka. Starsza posterunkowa Justyna Zawadka, która zaginęła razem z sierżantem
Twardo, jest policjantką z dwuletnim stażem.