Julka urodziła się, gdy jeszcze studiowałam, Emilka przyszła na świat dwa tygodnie po tym, jak obroniłam pracę magisterskiej, gdy miała 10 miesięcy, poszłam do pracy. Na początku kończyłam pracę o 16.15. Jednak szybko praca mnie wciągnęła i wracałam do domu coraz później. To, co robiłam, było intelektualnie bardzo fascynujące i szybko okazało się, że więcej mnie w domu nie ma, niż jestem.

Mąż na szczęście zgodził się zostać w domu. Zresztą jeszcze zanim poszłam do pracy, rozmawialiśmy o tym, jak ułożyć dalsze życie; i wiadomo było, że w porównaniu z jego fachem to ja będę miała większe pieniądze i większą szansę na osiągnięcie sukcesu. A ponieważ mój mąż wszystkie moje pomysły, nawet te najdziksze, popiera i to on ponosi często ich konsekwencje, to również wtedy zgodził się. Przejął wszystkie obowiązki domowe. Do mnie należy tylko pranie - w środy i soboty - oraz opieka nad kwiatami domowymi oraz ogrodem, który jest moją pasją. Mąż gotuje dzieciom i czeka na mnie z ciepłą kolacją. Sprząta, zajmuje się rachunkami, odprowadza dzieci do szkoły.

Ja pracuję. Mój dzień zaczyna się koło 6 rano, około 7.15 wyjeżdżam do pracy i docieram tam po 8. Mój dzień polega na analizie dokumentów, zebraniach etc. Po południu i wieczorem wieczorem siedzę nad różnymi opracowaniami i często mam spotkania. Wcześniej wychodziłam z biura koło 20, teraz częściej mi się zdarza opuszczać pracę koło 21. Jedyny plus jest taki, że w Warszawie nie ma już wtedy korków, więc do domu trafiam godzinę później. W domu czeka na mnie ciepła kolacja, zrobiona przez męża. To mój jedyny posiek, bo wcześniej po prostu nie mam czasu nic zjeść. I dopiero wtedy mam czas na dzieci. Razem w królikiem, którego ostatnio moje dzieci przytargały do domu, siadamy u młodszej córki na podłodze. Królik biega po nas, a my rozmawiamy o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia. To trwa nawet do północy, wszystko zależy od tego, o której uda mi się zagnać córki do mycia.

Potem jeszcze siadam do komputera, przeglądam pocztę i chwilę pracuję. Dopiero koło 1 w nocy zaczynam przygotowywać się do snu. Najbardziej męczy mnie to, że kosztem mojej pracy córki nie dosypiają. Widać, że są nerwowe, niewyspane, złe i trudno im się skoncentrować na tym, co się dzieje w szkole. Nawet nauczyciele zwracają mi na to uwagę. Jest jednak fizycznie niemożliwe, żeby rozmowy przekładać na weekend, bo one przecież przeżywają rozterki wieku nastoletniego i muszą się ze mną podzielić swoimi wrażeniami z całego dnia. Są dziewczynkami, więc do taty nie chodzą, zawsze czekają na mnie, żeby się z tego zwierzyć. Co prawda, córki często wysyłają do mnie SMS-y w ciągu dnia. Często też dzwoniły, ale ja z reguły nie odbierałam, bo byłam zajęta. Wieczorem piszą do mnie e-maile, a ja siedzę przy komputerze i mogę zawsze odpowiedzieć. Sztuka epistolarna moich córek kwitnie, a niektóre ich listy są naprawdę fantastyczne. Weekendy staramy się więcej spędzać razem: a to wspólne babskie zakupy, a to jakieś wypady. I wreszcie jest czas na dłuższe rozmowy.

W ich szkole prawie nie bywam. Pojawiam się tylko na początku roku szkolnego i na zakończeniu. Oprócz tego udaje mi się trafiać na przedstawienia, które córki mają z zajęć pozaszkolnych, na szczęście często odbywają się one w weekendy.

Emilia pięknie maluje i świetnie tańczy, a starsza Julia w tej chwili jest w zespole tańca nowoczesnego i teatrze muzycznym. Na zebrania szkolne nie chodzę, ale na szczęście nie mam na razie powodów, bo obie się dobrze uczą. Widzę jednak, że moja nieobecność w domu jest problemem. Kiedy np. był robiony test psychologiczny w szkole, dzieci miały dokończyć zdania i przy zdaniu: "moja mama..." moje dziecko dopisało "jest nieobecna". I niestety, córki często mówią, że mój wybór pracy był błędem.

Najtrudniejszy w tym wszystkim, wbrew pozorom, nie jest brak kontaktu z dziećmi, ale mały kontakt z partnerem. Bo w tygodniu prawie w ogóle nie mamy czasu na rozmowy. Jest tylko zdawkowa wymiana informacji. Gdy jest cieplej, staramy się z mężem, już bez dzieci, robić wypady na wycieczki. To jest nasz wspólny czas i wspólna pasja.

I wiem, że bardzo ciężko łączyć pracę i rodzinę. Jeżeli mąż pracuje nadal i kobieta też chce, to dzieci chodzą z kluczem u szyi. Ja sama miałam szczęście. Mam męża anioła. Gdyby nie mój cudowny mąż, który mnie wsparł we wszystkim, absolutnie nie poradziłabym sobie.