Dziennik Gazeta Prawana logo

"Domem zajmuje się mąż..."

5 listopada 2007, 23:11
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Do mnie należy tylko pranie - w środy i soboty - oraz opieka nad kwiatami domowymi oraz ogrodem, który jest moją pasją. Mąż gotuje dzieciom i czeka na mnie z ciepłą kolacją. Sprząta, zajmuje się rachunkami, odprowadza dzieci do szkoły" - opisuje swoje życie w DZIENNIKU Anna Streżyńska, szefowa Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Julka urodziła się, gdy jeszcze studiowałam, Emilka przyszła na świat dwa tygodnie po tym, jak obroniłam pracę magisterskiej, gdy miała 10 miesięcy, poszłam do pracy. Na początku kończyłam pracę o 16.15. Jednak szybko praca mnie wciągnęła i wracałam do domu coraz później. To, co robiłam, było intelektualnie bardzo fascynujące i szybko okazało się, że więcej mnie w domu nie ma, niż jestem.

Mąż na szczęście zgodził się zostać w domu. Zresztą jeszcze zanim poszłam do pracy, rozmawialiśmy o tym, jak ułożyć dalsze życie; i wiadomo było, że w porównaniu z jego fachem to ja będę miała większe pieniądze i większą szansę na osiągnięcie sukcesu. A ponieważ mój mąż wszystkie moje pomysły, nawet te najdziksze, popiera i to on ponosi często ich konsekwencje, to również wtedy zgodził się. Przejął wszystkie obowiązki domowe. Do mnie należy tylko pranie - w środy i soboty - oraz opieka nad kwiatami domowymi oraz ogrodem, który jest moją pasją. Mąż gotuje dzieciom i czeka na mnie z ciepłą kolacją. Sprząta, zajmuje się rachunkami, odprowadza dzieci do szkoły.

Ja pracuję. Mój dzień zaczyna się koło 6 rano, około 7.15 wyjeżdżam do pracy i docieram tam po 8. Mój dzień polega na analizie dokumentów, zebraniach etc. Po południu i wieczorem wieczorem siedzę nad różnymi opracowaniami i często mam spotkania. Wcześniej wychodziłam z biura koło 20, teraz częściej mi się zdarza opuszczać pracę koło 21. Jedyny plus jest taki, że w Warszawie nie ma już wtedy korków, więc do domu trafiam godzinę później. W domu czeka na mnie ciepła kolacja, zrobiona przez męża. To mój jedyny posiek, bo wcześniej po prostu nie mam czasu nic zjeść. I dopiero wtedy mam czas na dzieci. Razem w królikiem, którego ostatnio moje dzieci przytargały do domu, siadamy u młodszej córki na podłodze. Królik biega po nas, a my rozmawiamy o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia. To trwa nawet do północy, wszystko zależy od tego, o której uda mi się zagnać córki do mycia.

Potem jeszcze siadam do komputera, przeglądam pocztę i chwilę pracuję. Dopiero koło 1 w nocy zaczynam przygotowywać się do snu. Najbardziej męczy mnie to, że kosztem mojej pracy córki nie dosypiają. Widać, że są nerwowe, niewyspane, złe i trudno im się skoncentrować na tym, co się dzieje w szkole. Nawet nauczyciele zwracają mi na to uwagę. Jest jednak fizycznie niemożliwe, żeby rozmowy przekładać na weekend, bo one przecież przeżywają rozterki wieku nastoletniego i muszą się ze mną podzielić swoimi wrażeniami z całego dnia. Są dziewczynkami, więc do taty nie chodzą, zawsze czekają na mnie, żeby się z tego zwierzyć. Co prawda, córki często wysyłają do mnie SMS-y w ciągu dnia. Często też dzwoniły, ale ja z reguły nie odbierałam, bo byłam zajęta. Wieczorem piszą do mnie e-maile, a ja siedzę przy komputerze i mogę zawsze odpowiedzieć. Sztuka epistolarna moich córek kwitnie, a niektóre ich listy są naprawdę fantastyczne. Weekendy staramy się więcej spędzać razem: a to wspólne babskie zakupy, a to jakieś wypady. I wreszcie jest czas na dłuższe rozmowy.

W ich szkole prawie nie bywam. Pojawiam się tylko na początku roku szkolnego i na zakończeniu. Oprócz tego udaje mi się trafiać na przedstawienia, które córki mają z zajęć pozaszkolnych, na szczęście często odbywają się one w weekendy.

Emilia pięknie maluje i świetnie tańczy, a starsza Julia w tej chwili jest w zespole tańca nowoczesnego i teatrze muzycznym. Na zebrania szkolne nie chodzę, ale na szczęście nie mam na razie powodów, bo obie się dobrze uczą. Widzę jednak, że moja nieobecność w domu jest problemem. Kiedy np. był robiony test psychologiczny w szkole, dzieci miały dokończyć zdania i przy zdaniu: "moja mama..." moje dziecko dopisało "jest nieobecna". I niestety, córki często mówią, że mój wybór pracy był błędem.

Najtrudniejszy w tym wszystkim, wbrew pozorom, nie jest brak kontaktu z dziećmi, ale mały kontakt z partnerem. Bo w tygodniu prawie w ogóle nie mamy czasu na rozmowy. Jest tylko zdawkowa wymiana informacji. Gdy jest cieplej, staramy się z mężem, już bez dzieci, robić wypady na wycieczki. To jest nasz wspólny czas i wspólna pasja.

I wiem, że bardzo ciężko łączyć pracę i rodzinę. Jeżeli mąż pracuje nadal i kobieta też chce, to dzieci chodzą z kluczem u szyi. Ja sama miałam szczęście. Mam męża anioła. Gdyby nie mój cudowny mąż, który mnie wsparł we wszystkim, absolutnie nie poradziłabym sobie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj