Dźwięk syreny, ostrzegającej o awarii zapory na Wiśle, wywołał wczoraj wieczorem we Włocławku prawdziwą panikę. Mieszkańcy nie wiedzieli, czy mają uciekać z domu, bo za chwilę zaleje ich woda. Niektóre rodziny wolały nie czekać na wyjaśnienie i zabierając najpotrzebniejsze rzeczy, wyjechały z miasta. Nikt nie poinformował, że to awaria, ale... systemu ostrzegawczego.
Słuchacze radia RMF opowiadali, że przez godzinę nie można było dodzwonić się do służb miejskich, by dowiedzieć się, co się dzieje. "Uspokoiliśmy się dopiero, gdy przyjechał jeden samochód straży miejskiej i jeden straży pożarnej" - relacjonował jeden z nich.
Odpowiedzialni za zarządzanie kryzysowe w mieście nie mają sobie nic do zarzucenia. Twierdzą, że wszystko było pod kontrolą, a te osoby, które dodzwoniły się pod telefony alarmowe, uspokajano. Alarm miało wywołać uderzenie pioruna.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|