Dziennik Gazeta Prawana logo

Violetta Villas: Jak przestałam być Czesławą

13 października 2007, 14:39
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Jak ze skromnej dziewczyny stała się znaną w Polsce i za granicą gwiazdą? Dlaczego zmieniła nazwisko z Czesławy Cieślak na Violettę Villas? W trzeciej części pamiętników artystka zdradza "Faktowi" szczegóły początków swej kariery. Zobacz, jak rozbłysła gwiazda Violetty Villas.

Po trzecim roku nauki przeniosłam się ze szkoły muzycznej we Wrocławiu do Warszawy. Dzięki pomocy moich profesorów załatwiłam sobie przesłuchanie w Orkiestrze Polskiego Radia. Pamiętam ten dzień jak dziś. Umówiłam się na godzinę 11. Przedtem pobiegłam do kościoła i przyjęłam komunię świętą. W gmachu radia stanęłam jak zwykle w kącie, a gdy przyszła moja kolej, zaczęłam robić sobie rozgrzewkę przy fortepianie. Śpiewałam "Cygańską miłość" z operetki. Tak na pół gwizdka... Kiedy skończyłam nucić, zauważyłam, że wokół panuje cisza jak w kościele...

Okazało się, że w międzyczasie zawołano wielkiego pianistę i kompozytora Władysława Szpilmana! Pracował wówczas w Polskim Radiu. "To jest to! Na to czekało radio!" - powiedział o moim głosie. I od razu zaczął planować moją karierę.

"Tylko niech pani nie przyzwyczaja ludzi do nazwiska Cieślak! Od razu proszę wybrać sobie pseudonim" - poradził mi. Za jego namową musiałam więc wymyślić nowe nazwisko. W Belgii, gdzie się urodziłam, ochrzczono mnie Violetta Eliza. Ale tata, rejestrując mnie w polskim urzędzie, stwierdził, że nie mogę mieć francuskiego imienia, tylko polskie. Więc nazwał mnie Czesława.

Za namową Szpilmana wróciłam do Violetty. Jako nazwisko skonstruowałam: Villas. "Vi" od pierwszych liter imienia, "llas" - od lasu. Bo kocham las. Szpilman zaakceptował ten pseudonim.

Po pamiętnym przesłuchaniu w Polskim Radiu zorganizowano pierwszy sopocki festiwal. To było w 1961 roku. Byłam sama i smutna. Nie miałam co na siebie włożyć. I na tej pierwszej gali, jak biedna dziewczyna z prowincji, wystąpiłam we własnej biednej zielonej sukieneczce, w której chodziłam na co dzień. Zwyciężyłam, śpiewając piosenkę "Dla ciebie miły".

Zaraz przyszła do mnie Irena Dziedzic. "To niemodne mieć takie gęste włosy! Wytniemy je!" - powiedziała mi. I wystrzygła mnie jak mniszkę. Wyglądałam okropnie, beczałam przez to w toalecie i nie chciałam wyjść. Nie mogłam się pogodzić z tym, że ktoś będzie na nowo kształtował mi gust. Ale i tak zmuszono mnie, by podpisać dokument Polskiej Agencji Artystycznej (Pagartowi), że zgadzam się na ich stroje i fryzury. I odtąd oni mnie krzywdzili bo to, co dla mnie dobierali, nie pasowało do mojego typu urody.

Mimo wszystko wygrałam jednak pierwszy konkurs i dzięki temu drzwi na wielką estradę stanęły przede mną otworem. Zaczęłam zarabiać pieniądze. I od razu składałam na mieszkanie. Marzyłam o własnym kącie, żeby wreszcie przestać się tułać. Zapisałam się do spółdzielni i dzięki pierwszym koncertom w NRD, Rumunii i Czechach, kupiłam lokal na Solcu w Warszawie. Miałam też gosposię. Pomagała mi w domu i przy dziecku. Krzyś szedł właśnie do pierwszej klasy. Przywiozłam go na stałe z Lewina do Warszawy.

I właśnie wtedy przedstawiciele paryskiej Olimpii wypatrzyli mnie podczas jednego z występów. Zaprosili mnie do Francji, ale Pagart nie chciał mnie puścić. Urzędnicy agencji twierdzili, że nie mam klasy odpowiedniej do tego, by reprezentować Polskę w Paryżu. Udało mi się jednak postarać o przesłuchanie u dyrektora Olimpii. Gdy zaśpiewałam mu "Ave Maria" i "Spójrz prosto w oczy", bił mi brawo na stojąco. Pocałował mnie i przytulił. "Nie wiecie, kogo tu macie!" - mówił do wszystkich.

Wiedział, że Pagart nie chce mnie do Francji puścić i obiecał mi pomóc. "Nie bój się! Ja się tobą zaopiekuję. Oni cię tu szczują" - tłumaczył mi. I tak z jego pomocą po 6-7 miesiącach wyjechałam do Paryża. Dyrektor był mną tak zachwycony, że dostałam od niego własną garderobę w Olimpii. Po Edith Piaf! Rozmawiałam z nią w myślach... "Wstaw się za mną" - prosiłam ją!

Byłam straszliwie przejęta. W Paryżu odbywał się wtedy festiwal wszystkich musicali świata, a ja reprezentowałam Polskę. Był też Czesio Niemen. Ale znów to ja zwyciężyłam! Wszystkie francuskie gazety o mnie pisały! "Głos ery atomowej z Warszawy" - grzmiał "Le Figaro".

Przeczytał to przedstawiciel Casino de Paris z Las Vegas i przyszedł mnie posłuchać. Pamiętam ten wieczór jak dziś. Śpiewałam w Olimpii, a kryształowy żyrandol pod sufitem aż drżał! Po tym wieczorze przedstawiciele Casino de Paris zgłosili się do mnie i do przedstawicieli Pagartu. Powiedzieli, że chcą zaangażować mnie do Las Vegas na 3 lata. A w Las Vegas z PRL nie śpiewał jeszcze wtedy nikt! Przed wojną robił to tylko jeden Polak - Jan Kiepura.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj