Po trzecim roku nauki przeniosłam się ze szkoły muzycznej we Wrocławiu do Warszawy. Dzięki pomocy moich profesorów załatwiłam sobie przesłuchanie w Orkiestrze Polskiego Radia. Pamiętam ten dzień jak dziś. Umówiłam się na godzinę 11. Przedtem pobiegłam do kościoła i przyjęłam komunię świętą. W gmachu radia stanęłam jak zwykle w kącie, a gdy przyszła moja kolej, zaczęłam robić sobie rozgrzewkę przy fortepianie. Śpiewałam "Cygańską miłość" z operetki. Tak na pół gwizdka... Kiedy skończyłam nucić, zauważyłam, że wokół panuje cisza jak w kościele...
Okazało się, że w międzyczasie zawołano wielkiego pianistę i kompozytora Władysława Szpilmana! Pracował wówczas w Polskim Radiu. "To jest to! Na to czekało radio!" - powiedział o moim głosie. I od razu zaczął planować moją karierę.
"Tylko niech pani nie przyzwyczaja ludzi do nazwiska Cieślak! Od razu proszę wybrać sobie pseudonim" - poradził mi. Za jego namową musiałam więc wymyślić nowe nazwisko. W Belgii, gdzie się urodziłam, ochrzczono mnie Violetta Eliza. Ale tata, rejestrując mnie w polskim urzędzie, stwierdził, że nie mogę mieć francuskiego imienia, tylko polskie. Więc nazwał mnie Czesława.
Za namową Szpilmana wróciłam do Violetty. Jako nazwisko skonstruowałam: Villas. "Vi" od pierwszych liter imienia, "llas" - od lasu. Bo kocham las. Szpilman zaakceptował ten pseudonim.
Po pamiętnym przesłuchaniu w Polskim Radiu zorganizowano pierwszy sopocki festiwal. To było w 1961 roku. Byłam sama i smutna. Nie miałam co na siebie włożyć. I na tej pierwszej gali, jak biedna dziewczyna z prowincji, wystąpiłam we własnej biednej zielonej sukieneczce, w której chodziłam na co dzień. Zwyciężyłam, śpiewając piosenkę "Dla ciebie miły".
Zaraz przyszła do mnie Irena Dziedzic. "To niemodne mieć takie gęste włosy! Wytniemy je!" - powiedziała mi. I wystrzygła mnie jak mniszkę. Wyglądałam okropnie, beczałam przez to w toalecie i nie chciałam wyjść. Nie mogłam się pogodzić z tym, że ktoś będzie na nowo kształtował mi gust. Ale i tak zmuszono mnie, by podpisać dokument Polskiej Agencji Artystycznej (Pagartowi), że zgadzam się na ich stroje i fryzury. I odtąd oni mnie krzywdzili bo to, co dla mnie dobierali, nie pasowało do mojego typu urody.
Mimo wszystko wygrałam jednak pierwszy konkurs i dzięki temu drzwi na wielką estradę stanęły przede mną otworem. Zaczęłam zarabiać pieniądze. I od razu składałam na mieszkanie. Marzyłam o własnym kącie, żeby wreszcie przestać się tułać. Zapisałam się do spółdzielni i dzięki pierwszym koncertom w NRD, Rumunii i Czechach, kupiłam lokal na Solcu w Warszawie. Miałam też gosposię. Pomagała mi w domu i przy dziecku. Krzyś szedł właśnie do pierwszej klasy. Przywiozłam go na stałe z Lewina do Warszawy.
I właśnie wtedy przedstawiciele paryskiej Olimpii wypatrzyli mnie podczas jednego z występów. Zaprosili mnie do Francji, ale Pagart nie chciał mnie puścić. Urzędnicy agencji twierdzili, że nie mam klasy odpowiedniej do tego, by reprezentować Polskę w Paryżu. Udało mi się jednak postarać o przesłuchanie u dyrektora Olimpii. Gdy zaśpiewałam mu "Ave Maria" i "Spójrz prosto w oczy", bił mi brawo na stojąco. Pocałował mnie i przytulił. "Nie wiecie, kogo tu macie!" - mówił do wszystkich.
Wiedział, że Pagart nie chce mnie do Francji puścić i obiecał mi pomóc. "Nie bój się! Ja się tobą zaopiekuję. Oni cię tu szczują" - tłumaczył mi. I tak z jego pomocą po 6-7 miesiącach wyjechałam do Paryża. Dyrektor był mną tak zachwycony, że dostałam od niego własną garderobę w Olimpii. Po Edith Piaf! Rozmawiałam z nią w myślach... "Wstaw się za mną" - prosiłam ją!
Byłam straszliwie przejęta. W Paryżu odbywał się wtedy festiwal wszystkich musicali świata, a ja reprezentowałam Polskę. Był też Czesio Niemen. Ale znów to ja zwyciężyłam! Wszystkie francuskie gazety o mnie pisały! "Głos ery atomowej z Warszawy" - grzmiał "Le Figaro".
Przeczytał to przedstawiciel Casino de Paris z Las Vegas i przyszedł mnie posłuchać. Pamiętam ten wieczór jak dziś. Śpiewałam w Olimpii, a kryształowy żyrandol pod sufitem aż drżał! Po tym wieczorze przedstawiciele Casino de Paris zgłosili się do mnie i do przedstawicieli Pagartu. Powiedzieli, że chcą zaangażować mnie do Las Vegas na 3 lata. A w Las Vegas z PRL nie śpiewał jeszcze wtedy nikt! Przed wojną robił to tylko jeden Polak - Jan Kiepura.