WOJCIECH ŁASKARZEWSKI: Kto poinformował pana o wypadku?
MAREK PASZT, dyrektor firmy Polonia Transport: Zaraz po zdarzeniu ze szpitala zadzwonił do mnie jeden z naszych kierowców. Został niegroźnie ranny. Skrażył się na fatalne warunki
drogowe. Ulewny deszcz, słabą widoczność. Z rozmowy wywnioskowałem, że powodem mógł być także jego błąd. Za szybko jechał, kiedy hamował wpadł w poślizg. Po wypadku natychmiast
przystąpiliśmy do działania. Na miejsce wysłaliśmy autokar, który zabierze pasażerów ocalałych z kraksy w dalszą drogę do Wielkiej Brytanii i Irlandii.
Czy kierowcy dobrze znali trasę, mieli doświadczenie?
Tak, to sprawdzeni ludzie, około czterdziestki, z kilkunastoletnim stażem za kółkiem, z pełnymi uprawnieniami. Nie mieliśmy do nich nigdy żadnych zastrzeżeń. Trasa, w którą wyruszli,
obsługiwana jest przez nas od kilku lat. To są regularne kursy. Aktualnie obsługujemy cztery bezpośrednie linie do Irlandii oraz dwanaście do Wielkiej Brytanii.
W jakim stanie był autokar, który uległ wypadkowi?
To nowy, komfortowy autokar marki Setra. Kupiliśmy go w listopadzie 2006 roku, praktycznie jeszcze na gwarancji. W trasę wyruszył po ważnym przeglądzie technicznym, także do jego stanu
absolutnie nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Autobus wyposażony był w najnowsze zabezpieczenia, łącznie z pasami bezpieczeństwa.
BARBARA WROŃSKA, matka Wioli, jednej z ofiar wczorajszego wypadku polskiego autokaru we Francji: Rano zadzwonił do mnie syn. Powiedział, że był wypadek, że jemu nic się nie stało, ale że z Wiolą jest źle. Stał trzy metry od niej, w strugach deszczu i patrzył, jak umiera siostra. Znikąd nie mieli pomocy.
Dzieci jechały do pani, w odwiedziny do Londynu?
Tak. Wyjechałam na dwa miesiące do pracy, chciałam trochę zarobić. Pod koniec sierpnia mieliśmy razem wrócić do Polski. Dla dzieci to była pierwsza tak daleka podróż. Chciałam pokazać im trochę świata, a straciłam ukochaną córkę.
To miały być dla Wioli i Michała krótkie wakację?
Dokładnie. Wiola dopiero co skończyła studia, resocjalizację. Chciała mi zrobić niespodziankę, pochwalić się dyplomem. Miała przed sobą całe życie, a zginęła przez głupi wyjazd. Michał ma dopiero 17 lat, a dzisiejszego dnia nie zapomni do końca życia. Widział, jak umiera jego siostra. Jadę po niego. Nie wiem jak, nie wiem czym, ale jadę po syna. Nie wiem, co mam począć, ale muszę się nim zająć.
Może pani liczyć na pomoc miejscowych ludzi?
Czuję się jak sierota. Zostałam zupełnie sama. Wszyscy mają to w nosie, choć są mili i uśmiechnięci i mówią, że będzie dobrze. A mnie świat się zawalił w jednej sekundzie. Jadę po syna i wracam do Polski.
KAROLINA PLISZKA: Pamięta pan moment wypadku?
TOMASZ IDCZAK, do autobusu wsiadł w Poznaniu: Tak jak większość pasażerów drzemałem, ale ocknąłem się, kiedy autokar gwałtownie skręcił. Widziałem barierki, które chciał ominąć. Było ciemno, padało. Nagle przewróciliśmy się. Byłem strasznie zszokowany. Spojrzałem na nogi. Mogłem nimi ruszać, nie widziałem żadnych ran. Zacząłem się rozglądać.
I co pan zobaczył?
Ludzie byli przerażeni, ale nikt nie panikował. Zaczęliśmy pomagać wydostać się na zewnątrz. Nie zapomnę widoku wystających nóg kobiety, która została przytrzaśnięta jakimś siedzeniem. Ci, którzy już wyszli z autokaru, siedzieli zakrwawieni na ziemi, w strugach deszczu. Okropny widok.
Długo czekaliście na pomoc?
Nie. Karetka przyjechała bardzo szybko. Miałem wielkie szczęście, że wyszedłem z tego potwornego wypadku tylko z zadrapaniem na twarzy. W szpitalu mnie opatrzyli i dali obiad.
Jak na wypadek zareagowali pana bliscy? Dzwonili do pana?
O niczym nie wiedzieli i całe szczęście. Przynajmniej nie musieli się o mnie martwić. Zadzwoniłem do nich koło 9 i powiedziałem, że byłem w tym wypadku, ale nic mi nie jest. Jadę teraz dalej do pracy w Dublinie.