Mężczyzna przyznał się do winy i chce teraz dobrowolnie poddać się karze.

Reklama

Marek M. z Chorzowa współpracował z ponad 300 szpitalami, przychodniami i gabinetami lekarskimi. Miał odbierać m.in. bandaże, strzykawki, a także fragmenty ludzkiego ciała, w tym m.in. amputowane ręce.

M. miał tak wielu klientów, bo był niezwykle konkurencyjny. Jeśli inne firmy w regionie dawały stawkę ok. 5 zł za kilogram odpadów medycznych, to M. deklarował, że zajmie się nimi za niewiele ponad 3 zł - mówi "Gazecie Wyborczej" osoba znająca kulisy sprawy.

Wszystko miało trafiać do spalarni. Tymczasem mężczyzna zakopywał je koło domu. Wcześniej jednak fragmenty ludzkich ciał mielił w maszynie do szatkowania. Jak sam powiedział było to łącznie około 30 ton.

Kiedy zabrakło miejsca, wyładował samochody i wstawił je do garaży oraz wynajął dwa magazyny w Chorzowie i Rudzie Śląskiej.

Sprawa nie wyszłaby na światło dziennie, gdyby nie okoliczne psy, które zaczęły krążyć wokół budynków.

To cud, że nie doszło do jakiejś epidemii - mówią śledczy. Na miejsce natychmiast ściągnięto specjalną ekipę, która w "kosmicznych" skafandrach wyjęła odpady z auta - mówi osoba znająca kulisy sprawy. I dodaje, że łącznie znaleziono sto ton odpadów medycznych.

Markowi M. grozi pięć lat więzienia. To nie jest jego pierwsza taka sprawa. Mężczyzna w 2006 roku został zatrzymany za wyrzucenia fragmentów ludzkich ciał na pobliskie wysypisko śmieci.