I jak tu nie wierzyć w rodzinną klątwę? Bo grom zabił już prapradziada Klaudii, Wojciecha Gajdę i jego syna Mariana.

Reklama

"Babcia mi opowiadała, że gdy wychodził w pole, świeciło słońce, a na niebie nie było widać ani jednej chmurki" - mówi "Faktowi" Klaudia.

A potem, w jednej chwili zerwał się wiatr, a bezchmurne dotąd niebo poczerniało. Pan Wojciech z synem i ciężarną żoną gnali ile sił do domu. Nie zdążyli jednak uciec. Najpierw rażony gromem padł Marian, potem jego ojciec. Babcia Marianna przeżyła, ale straciła dziecko - czytamy w "Fakcie".

Przed ośmiu laty piorun kulisty wpadł przez uchylone okno, do kuchni, gdzie akurat stała mama Klaudii, Ewelina. Potworny strach sprawił, że nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Strwożona patrzyła tylko, jak rozbłyskująca, sycząca kula toczy się po kuchni. Nagle poczuła też żar, który poparzył jej ramię. Na szczęście piorun tak samo jak nagle wpadł do domu, tak i wypadł.

Od tej pory rodzina zawsze przed wyjściem bacznie obserwowała niebo. Ale znów nie pomogło. Tego dnia w czwartek w Iwinach niedaleko Bolesławca Klaudia wraz z przyjacielem zbierali truskawki. Kiedy zaczęło lekko kropić, dzieci postanowiły wrócić do domu. Nagle powietrze rozdarł przerażający huk i dziewczynka poczuła, że leci w powietrzu kilka metrów.

"Przed oczami zobaczyłam niebieski kolor i poczułam straszny ból w klatce piersiowej, tam, gdzie mam serce. Później pamiętam lot helikopterem i ciągły sygnał urządzenia, do którego byłam podłączona. Bałam się, że umieram" - opowiada "Faktowi" dziewczynka, która trafiła do szpitala w Łodzi.

Na szczęście poparzoną Klaudię udało się uratować. Dochodzi do siebie w szpitalu.

"Ja już się nie dziwię. Babcia i mama od dawna mnie ostrzegały przed piorunami" - mówi dziewczynka, siedząc na szpitalnym łóżku.