Darek wstąpił do Ochotniczej Straży Pożarnej w Lesznie pod Warszawą w 1998 r. i służył w niej przez kilka lat. Jak wspomina, próbował machnąć na to ręką, bo miał na głowie pracę zawodową i rodzinę. Ale go ciągnęło – i to jak. Przed rokiem wrócił, by prowadzić tutejszą młodzieżową drużynę pożarniczą, a sam właśnie na nowo zdał egzaminy. –– mówi z dumą Darek. Bez ukończenia kursów nie można wyjechać na akcję. Najpierw są egzaminy z teorii, następnie testy sprawnościowe: wchodzenie po drabinie na wysokość 20 m, bieżnia (tempo 9 km/h przez 6 minut), dalej rower i podnoszenie 20 razy strażackiego młota. I na koniec przejście komory dymowej, w pełnym oprzyrządowaniu. – – wspomina Darek.
Dlaczego postanowił wrócić? – – mówi, wskazując na kolegów z jednostki, czyli druhów (jak oficjalnie nazywają się strażacy OSP). I wspomina swoją pierwszą akcję po zdobyciu uprawnień. – opowiada. Okazało się, że ktoś próbował spalić stary narożnik na dzikim wysypisku śmieci. –
Nie ma, że się nie chce
W pomieszczeniach remizy pełno jest czerwonych akcentów, a na ścianach dumnie prezentują się sztandary. Jeden jest nowy, z patronem strażaków św. Florianem i herbem gminy – srebrną podkową garbem do góry. W jej środku znajduje się krzyż kawalerski, a pod nią dwa złote pszeniczne kłosy z datą powstania OSP w Lesznie. – opowiada Tomasz Zarzycki, naczelnik OSP w Lesznie. Obok w gablocie wisi drugi sztandar z 1945 r. Na wzór tego, który spłonął w 1939 r. Na nim wyhaftowany napis: "Na chwałę Boskiej Mocy, Bliźniemu do Pomocy".
W ubiegłym roku licząca 22 osoby jednostka zanotowała przeszło 130 interwencji. – To dobra krajowa średnia – słyszymy. Jej działania bieżące finansuje gmina, która do najbogatszych nie należy. – Za każdą godzinę przepracowaną w akcji dostajemy ekwiwalent. Kilka lat temu druhowie jednogłośnie zdecydowali, że przekazują go jako darowiznę na rzecz OSP – mówi Michał, w jednostce od dwóch lat. Na konto każdego druha raz na kwartał przychodzi przelew z gminy.