Decyzja zapadła już w Gruzji, gdy kawalkada z Lechem Kaczyńskim i Micheilem Saakaszwilim zmierzała w stronę wioski zamieszkałej przez uchodźców z terenów kontrolowanych przez rosyjską
armię. Wyprawę w góry na posterunek zaproponował prezydent Gruzji. Kaczyński miał zobaczyć, że Rosjanie nie realizują planu pokojowego. Decyzja zapadła nagle w samochodzie podczas
podróży. Reszta kolumny dowiedziała się o niej, gdy samochody skręciły z wytyczonej trasy.
Tak. Potwierdzają to Gruzini i nasi politycy. "Od dawna widziałem, że w tej miejscowości stoją rosyjskie wojska, choć powinny ją opuścić" - mówił wczoraj prezydent.
Sprzeczne wersje dotyczą tego, kto obsadzał posterunek. Prezydent twierdzi, że Rosjanie. Jego współpracownicy mówią już o posterunku osetyjskim i rosyjskim. Biuro prasowe prezydenta Gruzji
pisze o inspekcji kontrolowanego, a nie obsadzonego przez Rosjan posterunku. Władze Osetii Południowej twierdzą z kolei, że posterunek obsadzali ich pogranicznicy, nie wiadomo, czy byli tam też
Rosjanie. To oświadczenie ucina spekulacje jakie pojawiały się zaraz po zdarzeniu, że mogli je zainscenizować sami Gruzini.
Saakaszwili i Kaczyński mówią, że nie. Jednak zastrzeżenia polskiego BOR świadczą, że taka ewentualność powinna być brana pod uwagę. Tym bardziej że kolumna zjawiła się przed
posterunkiem bez zapowiedzi, kiedy było ciemno. Nie można było wykluczyć, że komuś po drugiej stronie np. puszczą nerwy. "Wola polityczna wzięła górę nad
bezpieczeństwem" - ocenia w rozmowie z RMF FM szef Biura Ochrony Rządu Marian Janicki.
Z relacji dziennikarzy wynika, że pierwsze strzały padły ze strony osetyjskiego posterunku. "Słyszałem najpierw kłótnię między gruzińską policją a żołnierzami z posterunku, a
następnie dwie serie z karabinu" - opowiada Andrzej Mitrowski z IAR. Wojciech Bojanowski z TVN 24: "Widziałem Gruzina z ochrony, który strzelał. Jego broń była wymierzona w
stronę posterunku". Gruzini zaprzeczają, że strzelali.
Dziennikarze byli w busie. Od posterunku dzieliły ich tylko dwa gruzińskie radiowozy. Zgodnie mówią o dwóch seriach ze strony posterunku i jednej ze strony gruzińskiej.
Wszystko wskazuje na to, że ktoś z posterunku strzelał w powietrze na ostrzeżenie. Gdyby było inaczej, raczej mało prawdopodobne jest, żeby strzelec nie trafił w któryś z pojazdów
kolumny.
Gruzini, Rosjanie i Osetyjczycy zaprzeczają, by to ich żołnierze otworzyli ogień. Tuż po incydencie Rosjanie i Osetyjczycy zaprzeczali jedynie, że strzelali w kierunku terytorium Gruzji. Resort obrony Rosji: "Rosyjscy żołnierze znajdujący się na terenie bazy wojskowej w Osetii Płd., a także na posterunkach kontrolnych w tej republice żadnego ognia, a tym bardziej w stronę gruzińskiego terytorium nie otwierali". Dopiero wczoraj szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow zapewniał: "Żadnych strzałów z naszych stanowisk, a także ze stanowisk wojsk południowoosetyjskich nie było."
p
To była inicjatywa pana prezydenta Saakaszwilego, na którą prezydent Kaczyński się zgodził. Spontaniczna, wynikająca z tego, że ten posterunek znajduje się w
miejscu, gdzie nie powinien się znajdować.
Oczywiście prezydent był poinformowany i podjął taką decyzję świadomie. Bo to jasno świadczy o niewykonaniu planu pokojowego przez Rosjan. To teren, który był niepodlegającą dyskusji
częścią Gruzji przed 7 sierpnia tego roku. A dziś jest kontrolowany przez wojska rosyjskie.
Dlaczego lekkomyślną?
Tak padły, oczywiście była to sytuacja nieprzyjemna. Nikt się nie spodziewał tych strzałów, ale prezydent jest odważnym człowiekiem. Musi dawać świadectwo w takich sytuacjach, w których
należy udowadniać Europie, że jest oszukiwana w kwestii Gruzji.
Plan był taki: prezydent razem z prezydentem Saakaszwilim zwiedzają te tereny i przekonują się naocznie, że plan pokojowy jest niewypełniany. Bo na terenie, który powinien być wolny od obcych
wojsk, jest stanowisko armii osetyjskiej i rosyjskiej.
Na tej samej zasadzie można było brać pod uwagę, że Rosjanie maja MiG-i i mogą zestrzelić samolot prezydenta. Prezydent podjął świadomą decyzję, że jedzie do kraju, który znajduje się
w niebezpiecznej strefie. Nie zrobił niczego, co można by uznać za prowokację, jechali oznakowanymi samochodami, zatrzymali się przed posterunkiem. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to
nie interwencja zbrojna.
Bo nikt tego nie wiedział. Decyzja została podjęta przez obu prezydentów w samochodzie podczas podróży. Nawet ja nie wiedziałem, gdzie jedziemy.
Myślę, że tak. Bo celem było pokazanie Saakaszwilemu, że nie jest sam, a światu, że plan pokojowy nie jest realizowany. Przecież widać, że Unia została ośmieszona przez Rosjan. Pan i inne
media za barbarzyństwo Rosjan oskarżacie polskiego prezydenta! Przecież to absurd.
A jaki? Inni prezydenci też takie rzeczy robią.
Nie znam się na tym. Wiem jedno: podczas takich podróży główną odpowiedzialność za bezpieczeństwo ponoszą gospodarze.
*Michał Kamiński jest ministrem w Kancelarii Prezydenta