Uwerturą do reformy był wybór nowego ministra zdrowia - Toma Dashle'a. To bardzo wpływowy w Partii Demokratycznej polityk, przez kilkanaście lat przewodził klubowi tego stronnictwa w Senacie (w 2004 r. przegrał wybory na kolejn kadencję). Jego piątkowe przesłuchania w senackiej komisji zdrowia - forum, w którym Dashle czuje się jak ryba w wodzie - poszły gładko. Ale nie usłyszeliśmy żadnych konkretów. Nowy minister zdrowia ograniczył się do banałów typu „chciałbym aby reforma była skutkiem ponadpartyjnego konsensusu” albo „czeka nas ciężka praca”.

Tymczasem Ameryka naprawdę potrzebuje nowego systemu opieki zdrowotnej. Ostatnia próba wielkiej reformy - 15 lat temu Hillary Clinton jako pierwsza dama przedstawiła Kongresowi autorski projekt - skończyła się wielką klapą. Od Clintonów odwrócili się wówczas nawet demokraci.

Problem polega na tym, że 53 mln Amerykanów (czyli jedna szósta populacji) nie ma żadnego ubezpiecznia zdrowotnego. Koszt opieki zdrowotnej pochłania rocznie 16 proc. PKB. Co więcej, w 2016 r. ten wskaźnik sięgnie już 20 proc., a za 70 lat prawie 40 proc.! Wyjątkową aberracją amerykańskiego systemu jest pozostawienie samej sobie niższej klasy średniej. Najbogatszych stać na dobre ubezpieczenie, najbogatszych wspiera państwo w ramach systemu Medicaid, a ci po środku są zbyt zamożni ażeby liczyć na pomoc rządu, a jednocześnie zbyt ubodzy, by wykupić atrakcyjną polisę.

Skuteczna reforma systemu opieki zdrowotnej - jeśli się uda - byłaby bodaj największym osiągnięciem w sprawach społecznych od polityki Nowego Ładu Franklina Delano Roosevelta.