Sadzę, że z perspektywy czasu uznamy niebawem, że dobrze się stało, iż dowódca Wojsk Lądowych generał Waldemar Skrzypczak zabrał głos na temat wojny afgańskiej. Okoliczności jego oskarżycielskiej wobec polityków wypowiedzi są dramatyczne – śmierć polskiego oficera w czasie patrolu. Wystąpienie generała, chcąc nie chcąc, niebawem zastąpi nieobecną od lat w Polsce publiczną debatę na temat akcji zamorskich wojska polskiego. Decyzje takie, a jest to już druga wojna w Azji z udziałem polskich żołnierzy, podejmowane są w sposób specyficzny. Zapadają – i staje się to już niestety regułą – ponad głowami naszych posłów i senatorów. Dlaczego kolejne rządy, będące w gruncie rzeczy jedynie egzekutywą parlamentu, przyjęły taką właśnie metodę lekceważenia jego suwerenności, pozostaje ich słodką tajemnicą

Decyzje o wysłaniu polskich kontyngentów na dwie najważniejsze w tej dekadzie wojny na świecie zapadły w sposób podobny. Bez debaty parlamentarnej stanowili o tym dwaj kolejni prezydenci i dwaj premierzy. W obu przypadkach premierzy kolejnych rządów, mimo że dysponowali większością w Sejmie i mieli przychylność prezydenta, nie babrali się w żadne dyskusje parlamentarne, a tym samym publiczne. Uczynili tak zarówno Miller, jak i Marcinkiewicz, a decyzje ich sumiennie następnie realizowali następcy. W obu przypadkach w ten sposób została złamana litera konstytucji. Dlaczego? – spytajmy. Odpowiedź, że taki wybór postępowania rządów z parlamentem podyktowała jedynie niechęć do odpowiedzi na niewygodne pytania posłów, wydaje się prawie trywialna.

Gdyby wątpliwości dotyczące tej wojny ograniczały się jedynie do łamania zasad prawa, problem byłby duży, ale przynajmniej debatę na temat jego zakresu można by ograniczyć do dyskusji konstytucjonalistów. Tymczasem wypowiedź generała Skrzypczaka praktycznie zmusza do postawienia dramatycznego pytania: czy Polskę stać na udział w tej wojnie? Bo skoro żołnierzom z orzełkami na beretach brakuje podstawowego sprzętu, to prędzej czy później staną się kopciuszkiem na tamtym froncie. A więc sprawa jest poważna i obyć jej tradycyjnym, jak to bywa, wzruszeniem ramion jest nie sposób.

Ile kosztują te wojny?

O ile Amerykanie swych obywateli wręcz bombardują liczbami ujawniającymi gigantyczne, koszty wojny – i to dzielone dosłownie na dni i nieomal godziny – to Polacy pozbawieni są tych informacji. Można wręcz powiedzieć, że polscy politycy, gdy pojawia się sprawa ujawnienia kosztów wojen, tak chachmęcą, że w końcu mówią tak, aby nic nie powiedzieć. W tym miejscu, aby zobrazować dramatyzm sytuacji, możemy się odwołać do tegorocznej debaty związanej z kryzysowym odchudzaniem polskiego budżetu. Przypomnijmy, to zimą tego roku właśnie Ministerstwo Obrony Narodowej zostało najmocniej przez premiera oskubane z gotówki. Minister Klich, pomimo nieśmiałej początkowej obstrukcji, oddał przy tej okazji wszystkie transzeje i jego ministerstwo stało się głównym dostarczycielem rezerw budżetowych wymuszonych na członkach rządu przez ministra Rostowskiego. Trzeba przyznać, że z tej okazji nikt, może poza Pałacem Prezydenckim, nie rozdzierał szat. Żadne jęki nie doleciały też do naszych uszu z koszar czy biur sztabowych. Specjaliści debatowali przy okazji na temat niezbędności wydawania, zapisanej chyba w samej konstytucji, kwoty określonej enigmatycznie jako 1,95 corocznego budżetu. A kwota wynikająca właśnie z tych procentów przy ostatniej okazji budżetowej nie została dopełniona. I tym samym wiadomo było, że niebawem – jak zwykle w przypadku za krótkiej kołdry – pojawi się dylemat, czy okryć wojskowe kostki, czy ramiona.

Istotne, że wynurzenia szefa wojsk lądowych zaprezentowane w rozmowie z „Dziennikiem” zmuszają do postawienia pytania: czy aby nasze misje zagraniczne nie ogałacają z niezbędnego sprzętu armii pozostającej w kraju? A przecież jej zadaniem jest to co najistotniejsze dla państwa: obrona polskiego terytorium przed potencjalnym atakiem. Amerykanie, na ich szczęście, za morze nie wysyłają połowy swych helikopterów czy samochodów pancernych typu Rosomak. Gdyby tak było, to lokatorzy Pentagonu zostaliby przepędzeni na cztery strony świata. Tymczasem u nas jest to niestety normalka. Dlatego dobrze jest, i chwała wręcz generałowi za to, że jako szef Wojsk Lądowych postawił swe dramatyczne pytania, które jak dotąd stawiano jedynie półgębkiem w zaciszu gabinetów.

Z drugiej strony, gdy szef Wojsk Lądowych dramatycznie narzeka na brak helikopterów bojowych czy samolotów bezzałogowych, to można mu współczuć, ale przecież mówiąc brutalnie, przyczyny tego stanu są znane i nie ma na nie prostej recepty. Po prostu jesteśmy jednym z najbiedniejszych krajów Unii, a także Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nasze dochody per capita, czyli na polską statystyczną głowę, stanowią zaledwie 0,57 średnich dochodów obywateli europejskiej wspólnoty. Dziwnym zrządzeniem losu, a może dzięki rozsądkowi rządu, dopiero ostatnio – z okazji kryzysu – ma miejsce przesuwanie się w górę tej naszej średniej. Dzięki temu, jak poinformowały media, prześcignęliśmy ostatnio Łotwę i doganiamy Węgry.

Kosztowne wojny Sojuszu

W tej sytuacji jest czas na postawienie brutalnego pytania: czy Polskę stać na tak poważne zaangażowanie w wojnach Sojuszu. Przypomnę, że kraje tego Sojuszu na różne sposoby uczestniczą w jego operacjach. Amerykanie jak dotychczas zawsze polegali głównie na sobie i dzięki temu w konfrontacji tzw. wolnego świata z realnym socjalizmem dobrze na tym wyszli. Biedni członkowie Sojuszu, a takimi przez lata byli Portugalczycy, Grecy, Turcy, nie byli sekowani, gdy nie nadążali za najbogatszymi. To samo dotyczyło bogatej Francji, gdy ze względów politycznych, a nie finansowych zbuntowała się przeciwko przewadze USA i wystąpiła ze struktur Paktu. Nikt Paryżowi za to nie urwał głowy, a Amerykanie musieli na ich powrót, który ma miejsce teraz – za prezydenta Sarkozy’ego – czekać aż kilkadziesiąt lat. Jeśli komuś mało tych przykładów, to przypomnę, że kilka lat temu socjalistyczny premier Hiszpanii Zapatero z powodu koszmarnego ataku fundamentalistów islamskich na madrycki węzeł kolejowy wycofał swój kilkutysięczny kontyngent z Iraku. Uczynił to w ciągu zaledwie kilku tygodni. Mimo że myśmy na niego pomstowali, nie było żadnego odwetu ze strony USA. Wojna iracka nie była co prawda wojną natowską taką jak interwencja w Afganistanie, ale brak restrykcji ze strony Ameryki per saldo nie osłabił wspólnoty zachodniej, a wręcz przeciwnie ją wzmocnił.

Czego dowodzą te przykłady? Albo jesteśmy jako kraj za ambitni jak na nasze rzeczywiste możliwości albo, przepraszam, zbyt głupi. Zamiast trzymać się zasady wedle stawu grobla i zgodnie z nią uczestniczyć w przedsięwzięciach militarnych Sojuszu, w miarę prawdziwie skromnych możliwości – to znaczy symbolicznie lub prawie symbolicznie – to my co i raz prężymy muskuły, udając, że jesteśmy niezmiernie chwaccy. A przecież już Clausewitz wywiódł, że siła militarna jest pochodną pozycji gospodarczej państw. Tymczasem my na to nie zważamy. Nie bierzemy pod uwagę faktu, że skoro na razie nie stać nas na setki pojazdów pancernych, helikoptery, bezzałogowe samoloty i wszelkie cuda techniki wojskowej, to powinniśmy wysyłać tam, gdzie można, kompanie wartownicze czy inne oddziały, w których liczy się siła mięśni, a nie techniki. Nasze wejście nieformalne do Sojuszu, a w gruncie rzeczy miało ono miejsce za pierwszej wojny irackiej – gdy polski wywiad wywiózł ważnych dla USA ludzi spod jurysdykcji Saddama – dowiodło, że w świecie liczy się nie tylko technika i wyszukany sprzęt, lecz także tradycyjnie sprawna głowa. W drugiej wojnie tak naprawdę w sposób liczący pokazaliśmy sprawność naszego GROM-u. I ten kierunek doradzałbym rządzącym. Oznacza on: mało, ale skutecznie. Bo symboliczny udział, jak widać, też może być ważny. Natomiast my, zgodnie z nasza tradycją, wolimy udawać, że stać nas na więcej.

Kraj taki jak Polska, a więc na dorobku – czyli biedny, ale ambitny – powinien znaleźć sobie nisze, dzięki którym będzie się liczył w zamysłach militarnych Wspólnoty. Z wielkimi projektami trzeba poczekać, aż urośniemy w siłę i nasza gospodarka wydźwignie nas na lepsze miejsce w Europie. Z pewnością czekanie na tę odmianę nie jest czekaniem na Godota. Nie jest to mrzonka. Do osiągnięcia tego celu potrzeba jednak czasu. Nie wiem jak nad Potomakiem wyglądają rozmowy naszych polityków, ale sądzę, że są oni bardzo wrażliwi na pozory i mówiąc kolokwialnie, łatwo dają się podpuszczać. Tak było też, przypomnijmy, pod Monte Cassino w 1944 roku, gdy generał Anders poproszony o wysłanie Polaków w kierunku klasztoru, nie zważając na brutalne realia, stuknął obcasami i posłał swój korpus na jeden z najgorszych odcinków frontu. Politycznie tak naprawdę jako Polska nic na tym nie zyskaliśmy, bo świat był już podzielony, a duch przyszłej Jałty wszechobecny w kancelariach, natomiast rzeka przelanej polskiej krwi oznaczała setki dodatkowych poległych niepowetowanych dla zdziesiątkowanego już narodu i społeczeństwa.

Nie wiem, dlaczego nasi politycy nie grają z Amerykanami w otwarte karty i nie mówią: wyślemy ludzi, jeśli nas dozbroicie. Wydaje się jednak, że na to, aby sprawy stawiać wprost, Sikorski z Tuskiem są za ambitni i w rezultacie wolą grę pozorów. A na fanatyzm muzułmański skuteczna jest jedynie nadzwyczajna technika. Nie trzeba być wróżem, aby przewidzieć porażkę Zachodu w Afganistanie. Przypomnę, że koalicji z rozbiciem struktur państwa talibów poszło świetnie, natomiast prawdziwe schody zaczęły się po formalnym pokonaniu wroga. Warto sięgać do kart historii. Otóż Sowieci przegrali z mudżahedinami, wtedy gdy Amerykanie dali im stingery. Dziś natomiast... talibowie zestrzeliwują pierwsze samoloty. Wiadomo, że jeśli Zachód straci przewagę w powietrzu, przegra tę wojnę. Stąd rozpaczliwe pomysły wysłania kolejnych 40 tysięcy marines do Kabulu. Idę o zakład, że tematem numer jeden następnej kampanii prezydenckiej w USA będzie wycofanie żołnierzy z Afganistanu. Zwracam się do rządu: nie dopuśćcie, abyśmy byli kopciuszkiem na tej wojnie. Albo-albo...