Przed wielu laty Ryszard Bugaj postanowił obejść SLD z lewej strony i zawędrował tak daleko, że doszedł do Ziobry - czego świadectwem jest choćby jego tekst opublikowany kilka dni temu w DZIENNIKU pod znamiennym tytułem "Lepiej stracić z Ziobrą, niż zyskać z Millerem".

Droga Bugaja była dość kręta - w jej trakcie na przykład wspólnie z Bogdanem Pękiem i Janem Olszewskim podpisał list kwestionujący sensowność wejścia Polski do Unii Europejskiej, by później razem z tym samym Pękiem stać się jednym z liderów PSL-owskich list do Sejmu.

Obecnie Bugaj zajął się moralistyką i - także na łamach DZIENNIKA - ocenia, że tworząc LiD, przekroczyliśmy "granice przyzwoitości". Mam wrażenie, że nasze granice są umieszczone w innych krajach. Bugaj dobrze wie, że nie zgadzam się na start w wyborach Leszka Millera. Co więcej, jestem w ostrym sporze z Millerem, którego uważam za polityka bezwzględnego, bez umiejętności kompromisu.

Jednak w sporze Millera ze Zbigniewem Ziobrą jestem całkowicie po stronie byłego premiera. Ziobro przed komisją śledczą oskarżył Leszka Millera o współudział w morderstwie. Dziś wiemy, że nie był to jednorazowy wybryk późniejszego ministra, lecz przestępstwo o charakterze ciągłym.

Bugaj zaś atakuje w DZIENNIKU Millera za zbytni liberalizm. Co prawda w swej oskarżycielskiej filipice ma skłonność do naginania faktów - to nie Miller wprowadzał kapitałową reformę emerytalną, lecz Jerzy Hausner - jednak liberalne skłonności ludzi z lewicy uważam za zaletę, a nie wadę.

Krytykowany przez Bugaja liniowy podatek od przedsiębiorstw przyniósł zarówno wzrost wpływów budżetowych, jak i zmniejszenie bezrobocia. Podobnie z kapitałowym systemem emerytalnym, dzięki któremu zyskaliśmy lepiej funkcjonującą giełdę, zaś w przyszłości budżet odciążony o część świadczeń emerytalnych.

Dla Bugaja liberalizm jest rodzajem diabła niszczącego socjalistyczny raj, dla mnie - myśleniem obejmującym różnorodne prądy polityczne zgodne w tym, że wolny rynek jest niezbędnym warunkiem rozwoju, zaś wolność -niezbywalnym prawem człowieka.

Nowa "trudna koalicja"
Bugaj nie szczędzi słów potępienia politykom lewicy, zaś dla PiS ma łagodne reprymendy. Rozumiem, że jako niegdysiejszy kandydat na PiS- owskiego ministra musi to robić. Jednak wsadzanie LiD (rozumiem, że również PO) do jednego obozu z Lepperem jest polemicznym nadużyciem, by nie rzec słowami Bugaja - nieprzyzwoitością.

Wyobrażam sobie, co napisałby Bugaj, gdyby to SLD był oskarżony o zakładanie podsłuchów politykom, ministrem edukacji w rządzie lewicy był Roman Giertych, zaś ministrem rolnictwa Andrzej Lepper, a wysokie stanowiska w rządzie zajmowali młodzi ludzie, którzy jeszcze niedawno wznosili ręce w faszystowskim pozdrowieniu.

Przy całym moim krytycyzmie wobec rządów SLD nie mogę nie pamiętać, że mając takie same instrumenty, jakie dziś ma PiS, politycy SLD zgodzili się na powołanie sejmowej komisji śledczej, zgodzili się na powołanie człowieka z innej opcji politycznej na prezesa telewizji, a prokuratorzy stawiali w stan oskarżenia polityków lewicy oskarżonych o przestępstwa. Pamiętam także o rozsądnej polityce zagranicznej. I nie mogę nie szanować Aleksandra Kwaśniewskiego za jego skuteczne działania na rzecz pozycji Polski, umiejętność rozwiązania ukraińskiego pata wbrew Rosji, Jerzego Szmajdzińskiego za jego ewolucję od młodzieżowego działacza w PRL do odpowiedzialnego ministra obrony narodowej. Zaś grzechów Wojciecha Olejniczaka w komunistycznej Polsce nie pamiętam.

Nasza decyzja o koalicji z lewicą nie była łatwa. Rozumiem, że podobne problemy miał Bugaj, kiedy zakładał Unię Pracy wspólnie z dawnymi działaczami PZPR czy wprowadzał swojego partyjnego kolegę do rządu SLD - PSL z udziałem Unii Pracy. Z SLD dzieliło nas wiele, zarówno czasy PRL, jak i sposób sprawowania władzy w RP. Dzieliła nas tęczowa koalicja SLD z Jarosławem Kaczyńskim i Janem Olszewskim obalająca solidarnościowy rząd Hanny Suchockiej.

Obecnie jednak uznaliśmy, że Polacy nie powinni być skazani na wybór między konserwatywnymi etatystami a konserwatywnymi liberałami. Rozmawiamy od wielu miesięcy. Niekiedy ostro się różniąc, jak w przypadku konstytucji SLD. Jednak z całą pewnością mogę powiedzieć, że nasi partnerzy myślą kategoriami dobra wspólnego, oceniają krytycznie politykę swojej formacji w latach minionych, wiedzą, co to jest kompromis.

Podpisaliśmy deklarację, która będzie podstawą programu wyborczego. Będzie to program łączący liberalne zasady funkcjonowania gospodarki z myśleniem o społecznych problemach regionów zaniedbywanych i grup słabszych, równości szans i odrzuceniu państwa ideologicznego. LiD powstał właśnie po to, by wzmocnić centrum o charakterze liberalno-społecznym i nowoczesną lewicę o charakterze blairowskim. I rozumiem Pawła Kukiza (którego Aya RL, obok Maanamu, Klausa Mitfocha i Lecha Janerki dawała mi nadzieję i otuchę w podziemiu), kiedy dziwi się mojej obecności obok polityków lewicy. Mogę mu odpowiedzieć, że decyzja ta wymagała odwagi - innej, lecz nie mniejszej niż w okresie walki z komunizmem. Tutaj bowiem ryzykuję własny życiorys. Jestem przekonany, e przyszłość potwierdzi moje racje. Rządy PiS nie obaliły dawnych podziałów, lecz zmusiły do refleksji nad ich przydatnością 17 lat po upadku komunizmu.

Sierakowski nie ustala nam programu
O ile głos Bugaja uważam (tu pozwolę sobie na odrobinę psychologii) za żale sfrustrowanego polityka, o tyle natomiast opublikowany na tej samej stronie DZIENNIKA tekst Jarosława Gowina "Platforma nie zamierza dać się skusić lewicy" można potraktować jako minimanifest programowy PO.

PO - a wraz z nią Gowin - marzy bowiem o samodzielnych rządach. Zręcznie więc odczytuje plan Aleksandra (jak poufale Gowin nazywa Kwaśniewskiego), by "zmiażdżyć Platformę przez Scyllę PiS i Charybdę lewicy". I przeciwstawia mu plan własny - by LiD zepchnąć na lewo, w okolice politycznego folkloru.

Odczytywanie jednak programu LiD na podstawie wypowiedzi Sławomira Sierakowskiego jest równie celne jak ocenianie Platformy Obywatelskiej według słów Janusza Korwin-Mikkego. Tak więc, co zabawne, o ile Bugaj zarzuca LiD nadmierne obniżanie podatków, o tyle Gowin zamiar tychże podatków podwyższenia. To samo dotyczy "molocha państwa opiekuńczego" - Bugaj twierdzi, że LiD chce jego likwidacji, Gowin zaś, że rozbudowy. Z kolei zarzut wprowadzania relatywizmu moralnego i kulturalnego jest wywołany przekonaniem o posiadaniu monopolu na moralność i kulturę.

Mam daleko idące wątpliwości, czy patronami ideowymi PO byli Cyprian Kamil Norwid, Karol Wojtyła i Józef Tischner, zaś próbę monopolizacji tych wielkich ludzi uważam za formę prawicowej politycznej poprawności, zgodnie z którą wszyscy niepodzielający konserwatywnych poglądów są podejrzani. Lekką ręką kreśli Gowin porównania. A to Kwaśniewskiego, człowieka, którego energii zawdzięczamy wygrane referendum europejskie i za którego prezydentury weszliśmy do NATO, zlepi z Giertychem, a to LiD utożsami z LPR. Rozumiem, rozpoczyna się kampania wyborcza. Tylko skoro robi to konserwatywny Gowin, to dlaczego dziwić się Ziobrze, Lepperowi czy Giertychowi? Jeżeli Gowin proponuje podwyższenie standardów życia politycznego, to powinien poświecić chwilę zadumy nad własnym sposobem polemiki.

LiD nie będzie zabiegał o wdzięki PO
Myli się też Gowin, myśląc, że LiD ma zamiar ubiegać się o względy PO. W ostatnich latach zbyt wiele nas dzieliło. Różniliśmy się tam, gdzie Platforma zbliżała się do PiS - w żądaniu lustracji bez zwracania uwagi na prawa człowieka, popieraniu powstania CBA (skutki znamy) czy likwidacji WSI (co skończyło się Macierewiczem), atakami na rząd Mazowieckiego i marzeniem o IV Rzeczpospolitej. Nie chcieliśmy też umierać za Niceę ani pierwiastek, różniliśmy się oceną polityki europejskiej. Tu niestety nie wiem, czy PO zdecyduje się na linię pohukiwania Saryusza- Wolskiego, czy rzeczowych negocjacji Janusza Lewandowskiego.

Myślę jednak, że gdy odrzucimy przedwyborcza gorączkę, w sprawach europejskich potrafimy się porozumieć. Leży to w interesie Polski. Cieszy mnie, gdy Gowin chwali program Hausnera, ponieważ do LiD weszliśmy z twardym postanowieniem jego kontynuacji. Kiedy czytam o pryncypiach Platformy opisanych przez Gowina, podzielam większość z nich (choć dziwie się jego uznaniu dla polityki prorodzinnej PiS i nie rozumiem, co oznaczają światopoglądowe eksperymenty).

Pozostałe uważam za standardy nowoczesnego państwa uznawane ponad politycznymi podziałami. Dodałbym do nich odpolitycznienie państwa, stworzenie pola dla aktywności organizacji pozarządowych. Oczywiście, smak potrawy poznaje się przy jedzeniu, zaś program po projektach konkretnych ustaw. Zamiast ideologicznych zaklęć proponuję dyskusję o tych konkretach. I znalezienie obszarów, w których porozumiewać się trzeba - ponad różnicami światopoglądowymi, ideowymi, programowymi. Obserwując rządy PiS, LPR, Samoobrony i Tadeusza Rydzyka, Polacy przekonali się dowodnie o tym, jak wyglądają rządy tych, którzy chcą mieć monopol na prawo, sprawiedliwość i prawdę.



* Jan Lityński, opozycjonista w czasach PRL, działacz Partii Demokratycznej, wiceprzewodniczący rady programowej Lewicy i Demokratów, były wiceprzewodniczący Unii Wolności, matematyk