JĘDRZEJ BIELECKI: Działająca od lat na Haiti organizacja humanitarna Partners in Health twierdzi, że po trzęsieniu każdego dnia umiera 20 tysięcy rannych, bo nikt nie jest w stanie udzielić im pomocy medycznej. Potwierdza to pani?
GENNIKE MAYERS*: Nie chcę wypowiadać się co do konkretnych liczb. Podróżując z konwojem Czerwonego Krzyża, widziałam ciała leżące wzdłuż ulicy, odsunięte tylko na tyle, aby można było przejechać. Na wzgórzach, na północ od Porte-au-Prince, wyznaczono miejsce, gdzie zabici są chowani w zbiorowych mogiłach. Podobno po 10 tysięcy dziennie. Na prośbę rodzin ofiar ciała są zakopywane możliwie płytko pod ziemią, tak aby można je było ekshumować, gdy warunki będą normalniejsze.
Gdy wjechaliśmy do Porte-au-Prince, widzieliśmy bardzo dużo ciężko rannych: kobiet, starców, dzieci... Mieli bardzo poważne urazy spowodowane upadającymi kawałkami budynków. Pamiętam młodą kobietę w ciąży, która dobiegła do nas w dramatycznym pytaniem, czy jej dziecko jeszcze żyje po tym, jak spadł na jej brzuch kawał betonu.

Nie ma pani wrażenia, że dla dziesiątek, może setek tysięcy ludzi pomoc przychodzi za późno?
Trzęsienie miało miejsce we wtorek 12 stycznia. A już 13 stycznia w Porte-au-Prince wylądowali pierwsi ratownicy. Zaczęli od szukania ludzi pod gruzami. Zasada była prosta: szli za wskazaniami miejscowych, którzy pokazywali im, gdzie jeszcze ktoś może przeżył. W szukaniu ludzi pod gruzami uczestniczy teraz już prawie 2 tysiące ratowników.

Każde życie jest bezcenne. Jednak w ten sposób udało się uratować około 120 osób. Czy nie przyniosłoby większych efektów zajęcie się rannymi, którzy przeżyli?
To tragedia, która rozgrywa się w kraju położonym o 45 minut lotu od Miami. Amerykanie bez przerwy oglądają przerażające zdjęcia w telewizji i czują wyrzuty sumienia, że żyjąc w wielkim, bogatym kraju, nic nie robią. Kto w takich warunkach podejmie decyzję o wstrzymaniu akcji poszukiwania osób pod gruzami? Nawet jeśli o wiele więcej można by pomóc, kierując ratowników do leczenia rannych i dostarczając wodę znajdującym się z dala od centrum Porte-au-Prince. Ale jeszcze we wtorek, tydzień po trzęsieniu, wydobyliśmy 25-letnią dziewczynę, która została uwięziona w zawalonym mieszkaniu nad sklepem. Przez 7 dni nic nie piła, nic nie jadła. Ale szczęśliwie mogła się trochę poruszać. To pomogło jej przetrwać. Wtedy znikają wszelkie wątpliwości, czy warto podejmować ten ogromny wysiłek.

Ogromnym zagrożeniem dla mieszkańców Porte-au-Prince są epidemie spowodowane brakiem wody zdatnej do picia.
Pierwsze dostawy wody zaczęliśmy rozdawać w poniedziałek. Tym zajęli się wolontariusze hiszpańskiego Czerwonego Krzyża. W ciągu dwóch dni przekazaliśmy 400 tysięcy litrów wody.

czytaj dalej


To mimo wszystko bardzo mało, biorąc pod uwagę, że w aglomeracji Porte-au-Prince mieszka około czterech milionów ludzi. I bardzo późno, bo Haitańczycy musieli przez sześć dni czekać na zdatną do picia wodę.
To prawda. Na ulicach woda osiąga cenę 6 dolarów za butelkę, niebotyczną, wziąwszy pod uwagę biedę na Haiti. Ludzie są po prostu gotowi dać wszystko, aby się napić. Chcieliśmy możliwie szybko im pomóc. Ale skala katastrofy nie od razu była jasna. No i lotnisko w Porte-au-Prince jest bardzo małe, lądują tam samoloty przede wszystkim z ratownikami i ciężkim sprzętem. Transporty z wodą, żywnością, lekami są kierowane do San Domingo, odległego o 300 km od stolicy Haiti. Tam trzeba było najpierw znaleźć ciężarówki, a potem przejechać zatłoczoną drogą, gdzie część mostów została zniszczona. W ciągu dnia udało nam się dość sprawnie przejść przez granicę między Dominikaną a Haiti, jednak na noc, zgodnie z zaleceniami ONZ, jest ona zamykana. Wtedy konwoje muszą czekać.

Dla rannych, spragnionych każda godzina się liczy. Dlaczego granica nie może być otwarta bez przerwy?
ONZ zakazał po godzinie szóstej po południu ruchu pojazdów, helikopterów. Haitańczycy w ogromnej większości zachowują się bardzo godnie. Ale pojawiają się też grupy ludzi uzbrojonych w noże, kije, którzy próbują plądrować sklepy, opuszczone mieszkania. Noc spędzamy w obozie pilnowanym przez wojsko. Słychać strzelaniny w mieście, najczęściej to siły porządkowe próbują zatrzymać złodziei. Doszło nawet do samosądów. Desperacja jest tak wielka, że tłum raz wyrwał złapanego przez policję włamywacza, rozebrał, wrzucił na kupę śmieci i podpalił. Policja nie śmiała interweniować, gdy ten nieszczęśnik umierał. Był też przypadek włamania do ONZ-etowskich magazynów z żywnością.

Jak odbywa się dystrybucja wody?
Wybraliśmy pięć punktów w mieście, gdzie ustawiliśmy nasze cysterny. Nie mieliśmy żadnej ochrony wojska, bo nie chcemy, aby Czerwony Krzyż był postrzegany jako organizacja paramilitarna. Mimo ekstremalnych warunków ludzie zachowywali się bardzo godnie. Ustawiliśmy dwie kolejki po każdej ze strony cysterny. Przyszło dużo kobiet z dziećmi. Spisaliśmy dane każdego, aby mieć potem listę potrzebujących, i obiecaliśmy, że na drugi dzień wrócimy w to samo miejsce. Nie wierzyli. Ale dziś znów jesteśmy. Dla ludzi to pierwszy sygnał normalności, coś, na czym można polegać. Widzą, że nie są sami.
Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się malarii i innych chorób spowodowanych piciem brudnej wody lub ukąszeniami komarów, staramy się montować systemy uzdatniania wody w mieście lub obozowiskach. To walka z czasem.

czytaj dalej


Co oprócz braku wody jest teraz największym problemem mieszkańców?
Brak lekarskiej pomocy. W poniedziałek rozstawiliśmy punkty opatrunkowe, a we wtorek przyleciał do Porte-au-Prince nasz szpital polowy. Wkrótce dołączy do nas grupa 50 niemieckich lekarzy. Operujemy ludzi w specjalnych namiotach, starając się zachować podstawowe normy sanitarne. Przywrócenie do zdrowia rannych to teraz nasz podstawowy priorytet. Niestety, większość z nich czeka tak długo na pomoc, że jedynym wyjściem, jakie pozostaje, jest amputacja uszkodzonych kończyn. Tylko tak można powstrzymać zakażenie całego ciała i śmierć. Staramy się rozdawać środki dezynfekujące, lekarstwa. Ale warunki w jedynym szpitalu publicznym Porte-au-Prince są wciąż ekstremalne. Nie ma bieżącej wody ani elektryczności. Do odkażenia ran lekarze muszą używać wódki, bo nie ma innych środków dezynfekujących. W skrajnych przypadkach lekarze muszą używać do amputacji po prostu zwykłych piłek do drewna.

Ile ranni muszą czekać na operację?
ONZ podał dziś, że nawet 12 dni. W pierwszej kolejności ratować tych, którzy są w najcięższej sytuacji. Ale to nieraz dramatyczny wybór. W wielu przypadkach tak naprawdę, aby przeżyć, ludzie powinni być ewakuowani z Haiti do szpitali w Miami i gdzie indziej. Tylko tam są odpowiednie środki.

Ludzie nie mają pretensji, że pomoc nadeszła po tylu dniach?
Mają przede wszystkim poczucie ogromnej ulgi, że już tu jesteśmy. Podziwiam ich za wytrwałość. Staramy się przekonywać ludzi, aby nie przebywali w bezpośrednim sąsiedztwie gruzowisk, bo tam mogą wciąż leżeć zabici i jest duże prawdopodobieństwo wybuchu epidemii. Tworzymy miasteczka namiotowe poza miastem. Zachęcamy ludzi, aby tam się przenosili, rozdajemy im namioty, koce, środki do przeżycia.

Jakie warunki panują w obozach?
Tych obozowisk wokół Porte-au-Prince jest bardzo dużo, przynajmniej 250. Byłam w dwóch. Brakuje tu wszystkiego. Ludzie śpią albo pod gołym niebem, albo pod prześcieradłami przymocowanymi do żerdzi. To oczywiście nie uchroni ich przed deszczem. Brakuje wody, żywności. Co prawda widać kobiety, które coś smażą w kociołkach, ale ceny są bardzo wysokie, więc większości nie stać na zakup jedzenia. Nie wiem, jak przeżyli te 9 dni.

*Gennike Mayers, rzeczniczka misji Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża na Haiti