Dziennik Gazeta Prawana logo

W Birmie wojsko znów strzela do ludzi

5 listopada 2007, 23:21
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
W Birmie wciąż niespokojnie. Rano na ulice Rangunu znów wylegli protestanci. Padły pierwsze strzały. Nocą do miasta zwożono żołnierzy, a policja szykowała zasieki z drutów kolczastych. Junta zablokowała też dostęp do internetu - by świat nie zobaczył lejącej się krwi.

Od świtu w Rangunie słychać okrzyki protestujących. Na ulicach jest już kilka tysięcy demonstrantów i ciągle przybywają kolejni. Wołają do policjantów: "Wynoście się, my tylko chcemy demokracji". Specjalny oddział policji z furią zaatakował ludzi pałkami. Wojsko zaczęło strzelać do tłumu.

Ale to nie wszystko. Junta oficjalnie przyznała, że odcięła podwodny kabel łączący kraj z internetem. Birmańska armia nie chce, żeby świat widział, jak krwawo rozprawia się z buddyjskimi mnichami i cywilami.

Wojsko w Birmie ściga też zagranicznych dziennikarzy. Władze wyrzuciły już z kraju wielu zagranicznych korespondentów. Żołnierze przeszukują hotele, żeby wyłowić dziennikarzy, którzy wjechali do tego kraju na podstawie turystycznych wiz.

Wszystko po to, żeby świat nie widział, jak krwawo junta tłumi wielotysięczne demonstracje mnichów buddyjskich i Birmańczyków domagających się demokratycznych reform. Wojsko zabiło do tej pory kilkanaście osób. Zginął m.in. japoński fotoreporter zastrzelony z broni maszynowej.

Jednak trudno powiedzieć, czy w rzeczywistości ofiar nie jest więcej. Ambasador Australii Bob Davis twierdzi, że liczba zabitych jest o wiele wyższa - nawet o kilkanaście osób.

Uzbrojeni po zęby żołnierze, stojący na każdym skrzyżowaniu w Rangunie, nie przerażają demonstrantów. Codziennie setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice największych miast w Birmie. I tak już od dziesięciu dni.

Podobnie będzie i dziś. I to mimo że generałowie ostrzegli, iż teren wokół pięciu świątyń buddyjskich uważają za strefę zamkniętą. A to oznacza, że nikt nie może tam przebywać.

Wielu znawców Birmy uważa, że rozpoczęła się tam prawdziwa rewolucja. Nazwano ją już nawet szafranową rewolucją. Birma jest rządzona twardą ręką przez generałów od 1962 roku. Poprzednia fala protestów w 1988 roku zostawiła kraj skąpany we krwi. Wojsko zabiło wtedy ok. 3 tys. ludzi.

Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca powstrzymanie się od podróży do Birmy. Osobom przebywającym już w tym kraju zaleca unikanie większych zgromadzeń i demonstracji oraz zachowanie wzmożonej ostrożności.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj