Jak donosi BBC, w latach 60-tych Pentagon wierzył, że Związek Radziecki może zaatakować grenlandzką bazę. Miałoby to być preludium przed atomowym atakiem na Stany Zjednoczone. Dlatego w rejon Thule Amerykanie wysłali bombowce, które w każdej chwili mogłyby zostać skierowane nad Moskwę. Wszystko działo się w tajemnicy przed Duńczykami, od których Grenlandia jest zależna.

>>>Zobacz dowody BBC na atomową zgubę Amerykanów

Ale 21 stycznia 1968 roku coś poszło nie tak.

BBC dotarło do dwóch amerykańskich pilotów, którzy zdradzili, że 40 lat temu ich samolot z morderczym ładunkiem na pokładzie rozbił się w pobliżu bazy. Udało im się przeżyć. Z ich relacji wynika, że na miejscu udało się zebrać setki elementów rozbitego samolotu. Nie znaleziono jednak najważniejszego: bomby. Amerykanie co prawda zapewniali, że zebrali i zniszczyli wszystkie niebezpieczne elementy, ale dokumenty mówią co innego. Według nich, w lipcu w rejon katastrofy wywiad amerykański wysłał nawet statek podwodny, który miał znaleźć zgubę. Jednak ta przepadła jak kamfora.

Jak twierdzą piloci feralnego lotu, bomba nie była uzbrojona, nie ma więc obaw, że pewnego dnia na Grenlandii pojawi się atomowy grzyb. Ale istnieje inne zagrożenie. Jeśli ładunek ulegnie rozszczelnieniu a radioaktywny materiał - którego (głównie uranu i plutonu), według pilotów, było sporo - wycieknie, wtedy trzeba się liczyć, że na Grenlandii powstanie skażona martwa strefa, przypominająca okolice elektrowni w Czarnobylu.

Pentagon na razie nie odniósł się do informacji BBC.