Pierwotnie liderzy paramilitarnej Gwardii Narodowej chcieli zaprzysiąc nowych kolegów w samym centrum Budapesztu, na placu Bohaterów. Policja odmówiła im jednak zgody, podkreślając, że ich ugrupowanie w zeszłym miesiącu zostało zdelegalizowane przez budapesztański rząd. Bojówkarze przenieśli więc ceremonię na teren prywatnej posesji w Szentendre, na północnych przedmieściach miasta. Zanim jednak rozpoczęło się zaprzysiężenie, na teren wkroczyli policjanci, legitymując zebranych i odsyłając sympatyków radykalnego nacjonalizmu do domów.

Dalsze losy Gwardii Narodowej nie są pewne. Liderzy ugrupowania odwołali się od decyzji sądu w Budapeszcie i czekają na kolejny wyrok. Jednak sędziowie w pierwszej instancji uznali, że działalność grupy zagraża porządkowi publicznemu i prawdopodobnie decyzja zostanie utrzymana w mocy. Wciąż jednak działa partia ultranacjonalistyczna Jobbik (Ruch na rzecz Lepszych Węgier), która zasłynęła podczas czerwcowych wyborów do Parlamentu Europejskiego, kiedy to zdobyła aż 15 proc. głosów, wprowadzając do europarlamentu trzech deputowanych.

Obie formacje oskarżane są o podsycanie na Węgrzech antyromskiej fobii i inspirowanie aktów przemocy wymierzonych w Romów. Od lata ubiegłego roku w podpaleniach i zamachach na Romów zginęło już 6 osób, a blisko 50 innych zostało rannych. "To największa, najbardziej skomplikowana i najpoważniejsza seria morderstw w węgierskiej historii" - skomentował ataki szef węgierskiej policji, generał Jozsef Bencze. Śledztwo w tej sprawie przyniosło pierwsze skutki dopiero w ostatnich dniach: w piątek w położonym na wschodzie kraju mieście Debreczyn aresztowano czterech mężczyzn, którzy prawdopodobnie są zamieszani w te zbrodnie.

Grupy atakujący węgierskich Romów działały wyjątkowo brutalnie - napastnicy podpalali domy koktajlami Mołotowa, wrzucając do nich granaty, a potem strzelali do uciekających mieszkańców. Ostatni raz uderzyli na początku sierpnia, zabijając 45-letnią Marię Balogh i ciężko raniąc jej 13-letnią córkę. W ciągu ostatniego roku w poszukiwania sprawców zaangażowano 100-osobowe komando policji, a rząd w Budapeszcie wyznaczył za informacje o sprawcach nagrodę w wysokości 100 mln forintów (1,5 mln złotych).