USA wydadzą fortunę na walkę z karpiem
Do tej pory duża ryba była w USA atrybutem sukcesu. Zdjęcie z własnoręcznie wyłowionym gigantem musiało wisieć w każdym amerykańskim gabinecie. Do dzisiaj. Bo wielka ryba z kategorii "fame" (sława) przepływa właśnie do "shame" (wstyd). A wszystko za sprawą ukochanego w Polsce słodkowodnego karpia.
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Szkodnik" - ostrzega Los Angeles Times, a Time nazywa rybę wręcz nielegalnym imigrantem, którego należałoby usunąć. Co gorsza, przybyszem, który najwięcej zniszczeń spowodował w okolicach opanowanego przez Polonię Chicago. Ale spokojnie. Karp, wokół którego w USA ostatnio wrze, nie pochodzi z Polski. Burzę wywołała jego azjatycka odmiana, która zadomowiła się na dobre w amerykańskich wodach.
- To dziś jedno z największych zagrożeń dla naszego środowiska - mówi w rozmowie z DGP Sam Hamilton, dyrektor amerykańskiej agencji Fish and Wildlife Service. I chyba nie przesadza. W poniedziałek inwazja egzotycznej ryby stała się głównym tematem spotkania w Białym Domu. Administracja Baracka Obamy przeznaczyła na walkę z nią prawie 80 milionów dolarów.
Bomba z opóźnionym zapłonem
Azjatycki karp (jak w USA potocznie nazywa się dwa gatunki bighead i silver) to olbrzym. Rośnie do 120 cm i waży nawet 45 kg. Do tego codziennie zjada ok. 20 kg planktonu. Według szacunków Amerykańskiej Agencji ds. Ochrony Środowiska EPA już setki tysięcy takich ryb buszują po dnie rzeki Missisipi i zabierają pożywienie innym, mniejszym gatunkom (m.in. łososiom i pstrągom), które zaczynają masowo zdychać z głodu.
Kiedy jednak hodowcy sumów sprowadzili karpie w latach 70. z Chin, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że to bomba biologiczna z opóźnionym zapłonem. Miały być po prostu tanim sposobem na brudną robotę. Żarłoki oczyszczały stawy z alg. I być może nigdy nie trafiłyby na czołówki amerykańskich gazet, gdyby nie powódź z lat 90. Wtedy ze stawów ryby trafiły do Missisipi. - Okazało się, że doskonale tam sobie radzą - tłumaczy Hamilton. Okazało się, że środowisko jest nie tylko podobne do naturalnego, ale nawet przyjaźniejsze.
Amerykanie, w przeciwieństwie do Azjatów, jeśli wyławiają jakąkolwiek odmianę karpia, to tylko dla sportu. Żeby od razu wypuścić ją z powrotem. W sklepie rybnym widzę halibuty, łososie i krewetki, ale naszego świątecznego przysmaku dostać nie sposób. Większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych uważa po prostu, że karp smakuje jak przerzuty muł, a do tego ma zdecydowanie nieapetyczną nazwę (bo od słowa „carp” bardzo blisko do niecenzuralnego „crap”).
Egzotyczny przybysz, który poza człowiekiem nie ma tu żadnych wrogów, mógł więc spokojnie się rozmnażać i zajmować coraz większe terytorium. Aż ostatnio zbliżył się w okolice Wielkich Jezior - systemu pięciu wielkich akwenów położonych na granicy z Kanadą. Centrum przemysłu rybnego wartego 7 mld dolarów.
Czytaj dalej >>>





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!