Do tragedii doszło w czwartek na wybrzeżu wyspy Perkins, trudno dostępnym miejscu nieopodal północno-zachodniego krańca Tasmanii w Australii. Na tamtejszej plaży osiadło stado 45 kaszalotów. Ekipa strażników przyrody dotarła do wycieńczonych zwierząt dopiero w piątek rano i natychmiast rozpoczęła akcję ratowniczą. Okazało się, że przy życiu pozostało zaledwie siedem ssaków.

Strażnicy polewali je zimną wodą, tak by mogły dożyć kolejnego przypływu stanowiącego jedyną szansę na powrót kaszalotów do morza. "Są niezwykle ciężkie i nie jesteśmy w stanie wepchnąć ich z powrotem do wody. Największe z nich ma długość 18 m i waży blisko 20 ton" – tłumaczył w piątek Chris Arthur, rzecznik tasmańskiego Parks and Wildlife Service.

Mimo tych wysiłków w ciągu ostatnich kilku dni zdechło sześć kaszalotów. Ich los podzieli najprawdopodobniej również ostatni pozostały przy życiu ssak, bo drogę do otwartego morza blokują mu unoszące się w wodzie ciała członków jego stada.

Tragedia z Tasmanii to kolejny podobny przypadek w ciągu ostatnich kilku miesięcy. W listopadzie na tamtejszym wybrzeżu w takich samych okolicznościach zginęło 150 grindwali.