O tym, że w świecie brukowców nie ma świętości, przekonałam się na pogrzebie mojego ojca - opowiada Hanna Lis. - Kilkunastu fotografów biegało wokół konduktu pogrzebowego, wciskając mnie i mamie obiektywy w twarze. Skakali po okolicznych grobach, żeby mieć bardziej soczyste zdjęcia. To było koszmarne - przyznaje dziennikarka w rozmowie z dwutygodnikiem "Gala".

Przypomina również, że jedynie "Super Express" zdecydował się na publikację tych zdjęć i tym samym - jak mówi Hanna Lis - wyznaczył tym samym nowe standardy w dziedzinie zbydlęcenia.

Są jednak granice, których przekraczać się nie powinno, nawet w polowaniu na "małpę" - podkreśla prezenterka "Panoramy".