Bo rozumiem, że polityk może zatrudnić w państwowym urzędzie swojego brata, syna albo żonę zgodnie z prawem. Ale są jeszcze obyczaje. Dobry polityczny obyczaj takiego postępowania nie dopuszcza. Czy premierowi Pawlakowi trzeba o tym przypominać?

Reklama

Niestety, chyba wcale przypominać nie trzeba. Premier Pawlak doskonale o tym wie. Jednak zapytany o nepotyzm w szeregach PSL tłumaczył się wczoraj w radiu całkowicie bałamutnie, wyciągając z rękawa przygotowaną specjalnie na tę okoliczność bajeczkę. Bajeczkę o tym, jak piękna jest rodzinna tradycja, pielęgnacja dorobku rodziców i przodków, i jaką tragedią jest dla rodzica, kiedy dziecko gardzi jego osiągnięciami i nie chce iść w jego ślady - to a propos syna posła Stanisława Żelichowskiego, który dziś robi karierę w państwowej spółce. Premier Pawlak poszedł w tych kompromitujących dywagacjach jeszcze krok dalej, porównując odmawianie takiej kariery dzieciom polityków do zsyłek na Sybir. Polski wicepremier powinien zdawać sobie sprawę, że przekroczył tymi słowami granicę dobrego smaku.

Pracy jest w Polsce dużo. Dzieci, małżonkowie i kuzyni rządzących polityków mają mnóstwo możliwości, by kontynuować społecznikowskie tradycje na własny rachunek. Jeśli idee ludowców są im bliskie, niech kandydują do wybieralnych władz partii na szczeblu powiatowym. Niech pokażą, co potrafią i niech własnymi siłami pną się po politycznej drabinie. Tego prawa nikt im nie odmawia. Całkiem inaczej jest jednak, kiedy o zatrudnieniu w agendach rządowych decyduje urzędnik z partyjnego nadania. Wówczas decyduje on za moje pieniądze. I ja mu odmawiam prawa rozdawania stanowisk osobom znanym tylko ze znanego nazwiska. Zwyczajnie żenujące są sytuacje, jak ta z bratem posła Kłopotka, który akurat po wejściu PSL do koalicji, posiadł kwalifikacje wymarzone na stanowisko w rządowej spółce Elwarr. A premier Pawlak tłumacząc, że to naturalna kolej życiowa, robi z nas wszystkich idiotów.

To wszystko nie mieści się w żadnym standardzie cywilizowanej demokracji. A mimo to w Polsce działa w najlepsze, obejmując swoim zasięgiem zarządy spółek, rady nadzorcze czy nawet publiczne media. Premier Tusk ma rację, naciskając na PSL, by nie robił z rządowych instytucji interesów rodzinnych. Znalazł się jednak w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo teraz powinien konsekwentnie pilnować tej sprawy. Wie przecież, że za tydzień albo dwa jakiś dziennikarz zapyta go, kiedy znikną rodzinne układy polityków PSL. I premier Tusk musi sobie przygotować na takie pytanie dobrą odpowiedź. Ale obawiam się, że i tak, mimo najlepszych chęci, z tą rodzinną tradycją nie wygra. Nie w koalicji z PSL, za którym od zawsze ciągnie się opinia partii, która dla stołków może poświęcić wiele. Natomiast Waldemar Pawlak opowiadając wczoraj w kontekście nepotyzmu dyrdymały o patriotyzmie i rodzinnych tradycjach, poszedł na całość: poświęcił sam siebie. Złożył swoją niezłą polityczną opinię na ołtarzu prywaty i partyjniackiej hipokryzji.