Książka Pawła Zyzaka, według większości opinii, jest pracą słabą. Autor ma ledwie 24 lata, wydał swoją pracę magisterską. Jedną z kilkuset bronionych co roku na wydziałach historii polskich uniwersytetów. I jedną z kilkunastu czy kilkudziesięciu, które potem są publikowane. Jest też jedną z wielu słabych - załóżmy - biografii, które trafiają do księgarń. Bo wszak nie wszystkie są genialne i bezbłędne.

Reklama

Wybuchła burza. Wałęsa ma prawo się denerwować. Ma prawo wytoczyć Zyzakowi proces o zniesławienie. Wiadomo, że już wytaczał takie procesy. Argument, że nie chce mu robić publicity nie jest już aktualny, bo sam eksprezydent zrobił mimowolnie wielką reklamę swojej nowej biografii. To jednak sprawa między Wałęsą a Zyzakiem (trochę na zasadzie: "To sprawa między panem a panem Dąbczakiem. Mnie proszę w to nie mieszać" - jak pamiętamy z nieśmiertelnej "Nie ma róży bez ognia").

Wmieszały się jednak "autorytety" i politycy. Gdyż trzeba bronić czci, dać odpór opluwaczom, pokazać znak sprzeciwu praktykom haniebnym czy też podłym. Itd. itp. Bo w oczach oburzonych każda krytyka Wałęsy - merytoryczna czy też nie - jest czymś szalenie niestosownym. Doskonale to obrazuje świeży cytat z pewnego artykułu, gdzie zrównano zupełnie różne książki o Wałęsie, czyli pracę Zyzaka i opracowanie Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka (który wszak skrytykował książkę Zyzaka): "Dalej jest już tylko ściana - nieliczenie się z żadnym dobrem, pielęgnowanie wściekłej pasji w obrzucaniu błotem i powolne popadanie w chorobę psychiczną". Zaiste ciekawe to spostrzeżenie - może znaczyć, że każdemu autorowi krytycznej biografii współcześnie żyjących postaci grozi leczenie psychiatryczne. Ciekawe, czy przymusowe. Wiemy bowiem, że tzw. schizofrenię bezobjawową leczono przymusowo.

Argumentami o opluwaniu świętości i bezczeszczeniu świętych posągów zawsze dawało się wzbudzić oburzenie ludu. Łatwo było potem skierować święty gniew przeciw wichrzycielom, wrogom raz ustalonego porządku. Tu "wichrzycieli" wskazano od razu i bez zaskoczenia. To przecież jak zwykle IPN. Paweł Zyzak został wszak zatrudniony na kilka miesięcy w Instytucie. Więc tam trzeba szukać inspiracji, czy jak piszą mniej wyrafinowani zwolennicy lukrowania historii "zapotrzebowania partyjnego" bądź "zamówienia politycznego". Choć właściwie - co słusznie zauważył prof. Andrzej Paczkowski - należałoby rozwiązać Uniwersytet Jagielloński, bo tam powstała ta piętnowana dziś praca magisterska.

Właśnie rozwiązanie IPN, a przynajmniej jakaś personalna masakra tamże, jest prawdziwym celem wyznawców post-PRL-owskiej idolatrii. Po to rozbudzana jest histeria, tym bardziej autentyczna, że nie brakuje w Polsce ludzi czujących szczerą nienawiść do tej jednej z najbardziej udanych instytucji III RP. Nadzieje rozbudziły ostre słowa Donalda Tuska pod adresem Instytutu wygłoszone jako komentarz do afery Wałęsa-Zyzak. Ach jakież nadzieje rozbudził szef rządu: "Powiedziano mocno i dobitnie. Cierpliwość wyczerpała się dawno. Miejmy więc nadzieję, że zbliża się czas działania" - zachwycił się ten sam autor, którego cytowałem wcześniej. To człowiek, który jest magistrem historii Uniwersytetu Warszawskiego, uczelni skąd pochodzi gros pracowników naukowych IPN. To zastanawiające, że można z taką łatwością zakwestionować jakość pracy i merytoryczne przygotowanie kolegów z tego samego seminarium magisterskiego. Wszak obecni pracownicy IPN pobierali te same nauki u tych samych profesorów.

Tu jednak na szczęście mamy do czynienia z najłagodniejszą formą histerii, czyli podekscytowaniem własnymi życzeniami. Wiadomo, bowiem doskonale, że Tusk nie zamknie IPN. Każdemu jednak wolno marzyć.