(Lato nie zwolni trenera po zwycięstwie 10:0 nad San Marino, Beenhakker nie ma ochoty pozbywać się pieniędzy gwarantowanych z kontraktu ważnego do października). Trwa beznamiętne na niego wyczekiwanie. Leo nawet z reguły nie stawia się w pracy, czyli nie obserwuje polskich zawodników, prezes Lato już nawet nie pohukuje. Zresztą ma ważniejsze sprawy na głowie. Właśnie pojechał na zebranie komitetu wykonawczego FIFA na Bahamy.
Tłumaczą się wymyślonymi kontuzjami, uroczystościami rodzinnymi czy wykupionymi wcześniej wczasami.
Trudno wyobrazić sobie, żeby było to możliwe jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Wszyscy mieli wówczas usta pełne pochlebstw, zachwytów nad klasą holenderskiego szkoleniowca, który wydobył u nich nieodkryte dotąd pokłady piłkarskiego talentu. Każdy z zawodników dałby się pokroić za to, aby do kadry Leo się załapać. Beenhakker też tryskał wówczas energią i można się było zakładać, że poprowadzi nas za rękę do prawdziwej futbolowej Europy. Dziś nie ma już ani tamtych piłkarzy, ani tamtego Beenhakkera. W sporcie wszystko jest możliwe, ale naprawdę trudno uwierzyć, aby w takiej atmosferze udało się jednak osiągnąć sukces i jakimś cudem awansować do finałów przyszłorocznego mundialu. O ile można jednak zrozumieć postawę Beenhakkera, który jest zwykłym trenerskim najemnikiem i ma prawo do znużenia konkretną robotą, to trudno pogodzić się z tak nonszalanckim podejściem piłkarzy do kadry narodowej.