Zgadywać tylko można, co wolta Andrzeja Olechowskiego przyniesie polskiej polityce. Jedna ze szkół interpretatorskich twierdzi, że ten miły starszy pan nadal nie będzie chciał wcześnie wstawać i ciężko pracować. Zatem Platforma ciągle będzie wszechpotężna, a Stronnictwo Piskorskiego maleńkie. Zaś druga szkoła twierdzi, że odwrotnie: będzie to huragan, który niemal zmiecie Tuska. A przynajmniej zdewastuje część jego partii.
To na razie hipotezy. Pierwsze wiąże się z nazwiskiem Janusza Palikota. Według licznych otwarcie głoszonych opinii polityków z pierwszych stron gazet Olechowski ma (lub miał) w polityce dwóch najbliższych przyjaciół. Jeden to Piskorski, drugi Palikot. Oni obaj w ostatnim czasie kusili i ciągnęli Olechowskiego w swoją stronę. Kuszenie wygrał Piskorski, choć Palikot oferował wcześniej Olechowskiemu stanowisko szefa którejś z unijnych komisji. Odejście Olechowskiego jest jednak przegraną Palikota, świadectwem słabnięcia jego pozycji w PO. Przynajmniej prestiżowo, ale i to ma znaczenie - w polskiej polityce im bardziej pochyłe drzewo tym więcej kóz na nie skacze.
Charakterystyczna, gdyż pokazująca stan ich nerwów. Donald Tusk
mówi, że pożegnalny list Olechowskiego zawierał elementy śmieszne. Zasady PR podpowiadają raczej by wyrażać tu ubolewanie i lać krokodyle łzy, a nie odkrywać własną irytację. Politycy
drugiego szczebla - Paweł Graś czy Stefan Niesiołowski - tłumaczą, że odejście jednego za założycieli PO to żadna strata, bo i tak nie płacił składek. To trochę podobne do specyficznego
zachowania Jarosława Kaczyńskiego, który występki z przeszłości swych niektórych współpracowników zauważał dopiero wtedy, gdy popadli z nim w konflikty. Okazuje się, że zasada
"aktywizacji" grzechów z przeszłości obowiązuje też w Platformie.
Warto tu dodać, że Niesiołowski w odróżnieniu od Tuska i Grasia nie jest tak długo członkiem PO jak był nim Olechowski. Ludzka pamięć jest krótka, ale żeby aż tak?