Ale nam się wydarzyło – Polak szefem Parlamentu Europejskiego! Warto było przeżyć taki dzień i zobaczyć jednego z nas, fetowanego przez reprezentantów pół miliarda mieszkańców starej i nowej Europy. Czego nie mówić o roli i wpływach przewodniczącego europarlamentu, jakby nie podważać wagi stanowiska obejmowanego na ledwie pół kadencji, to sam fakt wyboru – ogromną większością głosów – musi być powodem do dumy. Od teraz 14 lipca jest także polskim świętem.
Trochę to trwało. Ale też sukcesów mierzonych choćby tym, jak dobrze – na tle innych – postrzegany jest dzisiejszy stan naszej gospodarki i jak dobrą sławę zdobyła armia naszych świeżych emigrantów. Czas był potrzebny także po to, by wykształcić grupę polityków i urzędników, którzy mogliby funkcjonować w Europie. Którzy znają języki obce i potrafią w tych językach wyrażać poglądy istotne dla więcej niż jednego narodu i jednej partii. Którzy potrafią łączyć i szukać kompromisu, ale gdy trzeba – tupną nogą i postawią sprawę twardo.
Nie będzie kochany przez wszystkich, bo europarlament to mieszanka wykluczających się ideologii i interesów. To także instytucja, której znaczenie i działania pozostają niezrozumiałe dla sporej części mieszkańców Unii. Ważne zatem, by Buzek został zapamiętany jako polityk skuteczny – zarówno w roli mediatora, przedstawiciela Europy, jak i reformatora jej skrajnie zbiurokratyzowanych struktur.
W przeszłości różnie z tą skutecznością bywało. Kiedy w 1997 r. Buzek zostawał premierem, niewielu kojarzyło jego nazwisko. Ale też nie wiązano z nim wielkich nadziei. Ot, jeszcze jeden kandydat wyciągnięty z kapelusza przez decydentów, którzy nie chcieli plamić się osobistą odpowiedzialnością za rządzenie. Kiedy po klęsce AWS Buzek odchodził z urzędu, był już dobrze znany, ale nie kochany. Kojarzono go z fiaskiem kolejnego projektu prawicowego, ale przede wszystkim z pakietem nieudanych reform. W miarę sprawdziła się tylko reforma administracyjna kraju, ale o naprawianiu opieki zdrowotnej i edukacji rozmawiamy bez skutku do dziś. Zaś reforma emerytalna to prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem.
Z ewangelicką (tak, tak) cierpliwością dzień po dniu odbudowywał swoją pozycję i dziś stał się najlepiej postrzeganym polskim politykiem, z szansami na przyszłą prezydenturę. Dla niego przewodniczenie EP to nie finał, tylko kolejny etap.
Sukces Buzka to także sukces Tuska, Sikorskiego i całej rządowej maszyny, która promowała jego kandydaturę. Widać, że wyciągnięto wnioski z przegranych batalii, m.in. o szefostwo NATO. Droga na szczyty dla Polaków została w końcu przetarta.
Przed Jerzym Buzkiem od dziś ogrom pracy. Trzymamy kciuki Panie Przewodniczący!