Ale nam się wydarzyło – Polak szefem Parlamentu Europejskiego! Warto było przeżyć taki dzień i zobaczyć jednego z nas, fetowanego przez reprezentantów pół miliarda mieszkańców starej i nowej Europy. Czego nie mówić o roli i wpływach przewodniczącego europarlamentu, jakby nie podważać wagi stanowiska obejmowanego na ledwie pół kadencji, to sam fakt wyboru – ogromną większością głosów – musi być powodem do dumy. Od teraz 14 lipca jest także polskim świętem.

Reklama

Trochę to trwało. Trzeba było pięciu lat od unijnej akcesji i 20 od czasu, gdy odbyły się pierwsze polskie częściowo wolne wybory. Trzeba było błędów, wpadek, kompromitacji naszej młodej demokracji. Ale też sukcesów mierzonych choćby tym, jak dobrze – na tle innych – postrzegany jest dzisiejszy stan naszej gospodarki i jak dobrą sławę zdobyła armia naszych świeżych emigrantów. Czas był potrzebny także po to, by wykształcić grupę polityków i urzędników, którzy mogliby funkcjonować w Europie. Którzy znają języki obce i potrafią w tych językach wyrażać poglądy istotne dla więcej niż jednego narodu i jednej partii. Którzy potrafią łączyć i szukać kompromisu, ale gdy trzeba – tupną nogą i postawią sprawę twardo.

Jakim przewodniczącym będzie Buzek? Pierwsze wypowiedzi, pierwsza konferencja prasowa były obiecujące. Tak, doczekaliśmy się polityka, który nie zrobi nam wstydu. Nie będzie kochany przez wszystkich, bo europarlament to mieszanka wykluczających się ideologii i interesów. To także instytucja, której znaczenie i działania pozostają niezrozumiałe dla sporej części mieszkańców Unii. Ważne zatem, by Buzek został zapamiętany jako polityk skuteczny – zarówno w roli mediatora, przedstawiciela Europy, jak i reformatora jej skrajnie zbiurokratyzowanych struktur.

W przeszłości różnie z tą skutecznością bywało. Kiedy w 1997 r. Buzek zostawał premierem, niewielu kojarzyło jego nazwisko. Ale też nie wiązano z nim wielkich nadziei. Ot, jeszcze jeden kandydat wyciągnięty z kapelusza przez decydentów, którzy nie chcieli plamić się osobistą odpowiedzialnością za rządzenie. Kiedy po klęsce AWS Buzek odchodził z urzędu, był już dobrze znany, ale nie kochany. Kojarzono go z fiaskiem kolejnego projektu prawicowego, ale przede wszystkim z pakietem nieudanych reform. W miarę sprawdziła się tylko reforma administracyjna kraju, ale o naprawianiu opieki zdrowotnej i edukacji rozmawiamy bez skutku do dziś. Zaś reforma emerytalna to prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem.

Wielu polityków z takim bagażem na zawsze zmieniłoby zawód. A Buzek nie tylko przetrwał, ale dokonał imponującego comebacku. Z ewangelicką (tak, tak) cierpliwością dzień po dniu odbudowywał swoją pozycję i dziś stał się najlepiej postrzeganym polskim politykiem, z szansami na przyszłą prezydenturę. Dla niego przewodniczenie EP to nie finał, tylko kolejny etap.

Sukces Buzka to także sukces Tuska, Sikorskiego i całej rządowej maszyny, która promowała jego kandydaturę. Widać, że wyciągnięto wnioski z przegranych batalii, m.in. o szefostwo NATO. Droga na szczyty dla Polaków została w końcu przetarta.

Przed Jerzym Buzkiem od dziś ogrom pracy. Trzymamy kciuki Panie Przewodniczący!