A przecież weekend majowy to nasza największa narodowa duma, powód do chwały i słusznego noszenia do góry nosa w zetknięciu z upośledzonymi historycznie nacjami, które nie doszły jeszcze w rozwoju cywilizacyjnym do tego, że weekend może trwać, jak się ktoś dobrze zakręci, i z dziewięć dni.
Bo jak powstał długi weekend? Ano do 1 Maja, święta proletariatu i ogródków działkowych, dołożono 3 Maja, dzień masońskiej Konstytucji 3 Maja oraz święto Matki Boskiej Królowej Polski – jak kto woli. Już wtedy wiadomo było, że to nonsens totalny i tylko przez niedopatrzenie nie zrobiono wolnym również 2 maja zwanym w latach osiemdziesiątych wieku niesłusznie minionego Dniem Ciecia. Tego to bowiem dnia dozorcy musieli się tak uwinąć, by flagi, obowiązkowo łopoczące 1 maja, zniknęły przed rewizjonistycznym 3 maja. A niechby który nie zdążył... Tak, 2 maja pod jakimkolwiek wydumanym powodem powinien zostać zalegalizowany jako święto państwowe, albo – i tu powiem rzecz straszną – trzeba było zlikwidować 1 maja.
Naród, rzecz jasna, ma głęboko, Święto Ludzi Pracy, internacjonalizm, walkę proletariatu i pozostałe resztki tego bełkotu, który mu przez pół wieku wtłaczano do głów, ale co wolne, to wolne. I wolnego będziem strzec.
Święta państwowe, jeśli ich w nadmiarze, dewaluują się, stają się tylko kolejną okazją do przedłużania weekendów, wypadów na działki i zwiększania obrotów biur podróży.
Mielibyśmy wreszcie jakieś święto narodowe obchodzone w porze ciepłej (nie to co 11 listopada), zrozumiałe w swej wymowie, przekonujące.
Uczcijmy ten dzień piknikami, paradami, radochą. Nikt wtedy nie umarł, nie palmy zniczy i świec. Palmy grille!