Brent Jett będzie dowodził sześcioosobową załogą promu Atlantis. Wśród jej członków jest tylko jedna kobieta. Jett opowiada DZIENNIKOWI, jak do tego doszło, że znajdzie się na pokładzie wahadłowca i jak widzi przyszłość podboju kosmosu.
Małgorzata Minta: Wśród tysięcy amerykańskich pilotów i naukowców jedynie setce udało się zostać astronautami. Jak to się
stało, że jest pan jednym z nich?
Kpt. Brent Jett: Moja odpowiedź zapewne nie będzie zbyt oryginalna, a podobną historię usłyszałabyś zapewne z ust wielu moich kolegów. Moje dzieciństwo przypadło na lata 60. XX wieku, misje Mercury, Gemini, no i oczywiście Apollo. Ci astronauci byli moimi bohaterami. Ale tak naprawdę wcale nie chciałem wtedy zostać astronautą. Nie miałem takich marzeń, ba – taka myśl nawet nie przemknęła mi przez głowę. Gdy byłem nastolatkiem, fascynowały mnie samoloty i z tego powodu wstąpiłem do Akademii Marynarki Wojennej. To oni wyszkolili mnie na pilota. Potem na pilota oblatywacza. W końcu wysłali na studia, bym zdobył stopień naukowy. W czasie pobytu w marynarce zupełnie niespodziewanie i niezamierzenie robiłem dokładnie to, co jest wymagane od przyszłych astronautów. Pragnienie, by stać się jednym z nich, pojawiło się jak grom z jasnego nieba na początku lat 90., podczas wycieczki do Centrum Kosmiczego im. Johnsona i rozmów z trenującą tam załogą. Wtedy pomyślałem: tak, to jest właśnie to, co chcę naprawdę robić.
A co będzie należeć do obowiązków załogi STS-115 Atlantis?
Moim zdaniem ważniejszy niż szczegółowy cel misji jest jej ogólny charakter: to, że powrócimy do przerwanej rozbudowy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Celem dwóch poprzednich wypraw Discovery był powrót do podstawy programu kosmicznego, czyli załogowych lotów wahadłowców. Głównym zadaniem astronautów była ponowna weryfikacja podstawowych procedur, tych, które okazały się niedopracowane czy zawodne (w przypadku Columbii zakończyły się jej katastrofą – przyp. red.), sprawdzanie scenariuszy „co by było, gdyby”. Oczywiście na tych lotach skorzystała też stacja, którą poddano kilku drobnym zabiegom konserwatorskim. Jednak tak naprawdę dopiero dla naszej misji stacja będzie priorytetem. Zadeklarowaliśmy, że stacja zostanie ukończona przed 2010 r. Jeśli chcemy dotrzymać słowa, musimy przerzucić się z projektu „Powrót do lotów” na te bardziej praktyczne. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za 2 do 5 lat uda nam się sfinalizować budowę stacji.
Księżyc, Mars... na której planecie ludzie zatrzymają się w podboju kosmosu?
Staramy się zgłębiać tajemnice natury krok po kroku. Pierwszym i niezwykle ważnym jest właśnie stacja kosmiczna, dzięki której, choć wciąż blisko domu, zapewniliśmy sobie stałą obecność w przestrzeni kosmicznej. Eksploracja pozostałych rejonów Układu Słonecznego będzie wymagała stałej lub chociaż okresowej obecności ludzi na Księżycu, a może nawet na Marsie. Dlatego też plany, jakie snują specjaliści, są logiczne. Można to porównać do pierwszych podróży Europejczyków na teren Nowego Świata – najpierw wyruszano w pojedyncze rejsy, potem zakładano niewielkie, czasem sezonowe osady, by w końcu przenieść się tam na stałe. Ale by te marzenia zrealizować, najpierw musimy nauczyć się żyć na niskiej orbicie, czyli w warunkach stacji. Zupełnie inną sprawą jest to, po co w ogóle tam lecimy. Pewnie zabrzmi to straszliwie banalnie, ale... po prostu taka jest natura człowieka.
Kpt. Brent Jett: Moja odpowiedź zapewne nie będzie zbyt oryginalna, a podobną historię usłyszałabyś zapewne z ust wielu moich kolegów. Moje dzieciństwo przypadło na lata 60. XX wieku, misje Mercury, Gemini, no i oczywiście Apollo. Ci astronauci byli moimi bohaterami. Ale tak naprawdę wcale nie chciałem wtedy zostać astronautą. Nie miałem takich marzeń, ba – taka myśl nawet nie przemknęła mi przez głowę. Gdy byłem nastolatkiem, fascynowały mnie samoloty i z tego powodu wstąpiłem do Akademii Marynarki Wojennej. To oni wyszkolili mnie na pilota. Potem na pilota oblatywacza. W końcu wysłali na studia, bym zdobył stopień naukowy. W czasie pobytu w marynarce zupełnie niespodziewanie i niezamierzenie robiłem dokładnie to, co jest wymagane od przyszłych astronautów. Pragnienie, by stać się jednym z nich, pojawiło się jak grom z jasnego nieba na początku lat 90., podczas wycieczki do Centrum Kosmiczego im. Johnsona i rozmów z trenującą tam załogą. Wtedy pomyślałem: tak, to jest właśnie to, co chcę naprawdę robić.
A co będzie należeć do obowiązków załogi STS-115 Atlantis?
Moim zdaniem ważniejszy niż szczegółowy cel misji jest jej ogólny charakter: to, że powrócimy do przerwanej rozbudowy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Celem dwóch poprzednich wypraw Discovery był powrót do podstawy programu kosmicznego, czyli załogowych lotów wahadłowców. Głównym zadaniem astronautów była ponowna weryfikacja podstawowych procedur, tych, które okazały się niedopracowane czy zawodne (w przypadku Columbii zakończyły się jej katastrofą – przyp. red.), sprawdzanie scenariuszy „co by było, gdyby”. Oczywiście na tych lotach skorzystała też stacja, którą poddano kilku drobnym zabiegom konserwatorskim. Jednak tak naprawdę dopiero dla naszej misji stacja będzie priorytetem. Zadeklarowaliśmy, że stacja zostanie ukończona przed 2010 r. Jeśli chcemy dotrzymać słowa, musimy przerzucić się z projektu „Powrót do lotów” na te bardziej praktyczne. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za 2 do 5 lat uda nam się sfinalizować budowę stacji.
Księżyc, Mars... na której planecie ludzie zatrzymają się w podboju kosmosu?
Staramy się zgłębiać tajemnice natury krok po kroku. Pierwszym i niezwykle ważnym jest właśnie stacja kosmiczna, dzięki której, choć wciąż blisko domu, zapewniliśmy sobie stałą obecność w przestrzeni kosmicznej. Eksploracja pozostałych rejonów Układu Słonecznego będzie wymagała stałej lub chociaż okresowej obecności ludzi na Księżycu, a może nawet na Marsie. Dlatego też plany, jakie snują specjaliści, są logiczne. Można to porównać do pierwszych podróży Europejczyków na teren Nowego Świata – najpierw wyruszano w pojedyncze rejsy, potem zakładano niewielkie, czasem sezonowe osady, by w końcu przenieść się tam na stałe. Ale by te marzenia zrealizować, najpierw musimy nauczyć się żyć na niskiej orbicie, czyli w warunkach stacji. Zupełnie inną sprawą jest to, po co w ogóle tam lecimy. Pewnie zabrzmi to straszliwie banalnie, ale... po prostu taka jest natura człowieka.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|