Jaki jest rezultat ukraińsko-rosyjskich rozmów w zeszłym tygodniu? Ceny gazu nie udało się obniżyć nawet o jednego centa. Do końca tego roku Ukraińcy będą płacili tyle, ile
dotychczas, zaś w następnych latach opłata będzie wzrastać. Mimo to wizytę ukraińskiego premiera w Rosji bez najmniejszych wątpliwości należy uznać za sukces. W końcu o możliwości
podwyżki mówiono w Kijowie od kilku miesięcy, przewidując, że nastąpi to już jesienią, a nie dopiero zimą. Ważne jest jeszcze jedno: cena gazu będzie ustalana w wyniku rządowych
negocjacji, a nie – jak dotąd – dialogu między ukraińskimi władzami a głównym dostawcą paliwa, czyli dosyć tajemniczą spółką RosUkrEnergo.
Oczywiście energetyczny problem nie został ostatecznie rozwiązany. W dalszym ciągu nie wiadomo, jak ukształtuje się cena gazu w 2007 r., jaki będzie mechanizm jej ustalania, co stanie się z
pośrednikami... Nikt jednak nie oczekiwał, że rosyjsko-ukraińskie spotkanie w Soczi przyniesie odpowiedź na te wszystkie pytania. Żaden z ukraińskich premierów czy
prezydentów nie jest w stanie ostatecznie rozwiązać energetycznego węzła gordyjskiego; dotyczy to zresztą nie tylko ukraińskich polityków.
Targów nie będzie
Podczas odbywającego się w Soczi szczytu Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej anonimowe źródło z kremlowskiej administracji (za tym sformułowaniem najczęściej ukrywa
się albo ktoś z wysoko postawionych kremlowskich urzędników, albo sam Putin) miało zapewnić, że kwestia ustalania cen gazu czy to dla Ukrainy, czy Białorusi nie ma nic
wspólnego z polityką. W przekładzie z kremlowskiego na rosyjski oznacza to, iż nie będzie żadnych targów w rodzaju: niskie ceny surowców za państwo związkowe,
deklaracje lojalności czy zrównanie statusu języka rosyjskiego z ukraińskim. Obniżkę można uzyskać wyłącznie w zamian za oddanie Moskwie kontroli nad systemem
gazociągów i preferencje dla rosyjskiego biznesu, słowem, integrację gospodarki ukraińskiej czy białoruskiej z rosyjską. Aby zrozumieć, czego Rosja naprawdę chce od Kijowa, trzeba
przypomnieć sobie, jak ostro Władimir Putin zareagował na sprzedaż ukraińskich zakładów metalurgicznych międzynarodowemu koncernowi Mittal Steel, w czasie gdy Kijów
dostawał z Rosji tanie surowce energetyczne.
Właściwie w Soczi nie było żadnych niespodzianek i nie warto byłoby zajmować się szczegółowym roztrząsaniem energetycznych aspektów wizyty ukraińskiego premiera, gdyby
nie wielkie oczekiwania, jakie Ukraińcy wiązali z tą właśnie sprawą. Mnie osobiście dużo bardziej interesujące wydaje się to, jak przyjmowano Janukowycza w Soczi. A ukraińskiego premiera
traktowano jak swojego, kogoś, z kim można rozmawiać w wąskim zaufanym gronie. Mimo że premierzy Janukowycz i Fradkow dołączyli do nieformalnego obiadu prezydentów państw
Eurazjatyckiej Wspólnoty już w trakcie spotkania, sam fakt uczestnictwa w tej „przyjacielskiej imprezie” wiele mówi. Bardzo wątpliwe bowiem, czy
równie serdecznie na nieformalnym obiedzie Władimir Putin lub prezydent Kazachstanu Isłam Karimow przyjmowaliby prezydentów Wiktora Juszczenkę czy Micheila Saakaszwilego. Ci
ostatni zresztą, nie zjawiając się na niedawnym nieoficjalnym szczycie WNP w Moskwie, pokazali tym samym, iż nie pragną podobnych spotkań z postradzieckimi kolegami. Natomiast Wiktor Janukowycz
świetnie wpisuje się w to towarzystwo i jest całkiem jasne, że nie miałoby ono nic przeciw temu, aby to właśnie Janukowycz, a nie Juszczenko, odgrywał na Ukrainie główną
rolę.
Mało prawdopodobne, aby komuś przyszło do głowy zapraszać Juszczenkę do Eurazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Natomiast Janukowyczowi zaproponowano to już podczas pierwszej wizyty,
chociaż od początku było jasne, że nowy ukraiński premier nie ma ani możliwości, ani chęci uczestniczyć w tym programie integracyjnym. Jeżeli Ukraina nie przyłączyła się do
Eurazjatyckiej Wspólnoty podczas prezydentury Kuczmy, nie ma żadnego powodu, aby wstępowała do niej teraz. Dlatego w Kijowie łamią sobie głowy, dlaczego Rosjanie w ogóle
wystąpili z podobnymi propozycjami i czy traktowali je serio?
Swój czy nie swój
Przypomnijmy jednak, że od prezydenta Leonida Kuczmy w 1994 r. Moskwa także wiele oczekiwała i również się rozczarowała. Kuczma w tym czasie był naprawdę swoim człowiekiem, w
dodatku wyborcze zwycięstwo zawdzięczał w dużej mierze rosyjskiemu wsparciu. Z Janukowyczem, nawet jeżeli uznać go za swojego, sytuacja wygląda nieco inaczej. Do wyborów
prezydenckich w 2004 r. Wiktor Janukowycz szedł uzbrojony w rosyjską pomoc. Można było nawet odnieść wrażenie, że Władimirowi Putinowi na zwycięstwie spadkobiercy Kuczmy zależy bardziej
niż samemu Kuczmie. Nie bez przyczyny. Janukowycz nie był wówczas politycznym profesjonalistą, brakowało mu doświadczenia, łatwo więc udało się go otoczyć rosyjskimi
politechnologami, którzy potrafili przekonać premiera, że Moskwa jest w stanie zagwarantować mu zwycięstwo. Nie zagwarantowała. Janukowycz został z niczym. Co gorsza, dotychczasową
opinię dobrego gospodarza zamienił na renomę recydywisty. Wydawać by się mogło, że jego polityczna kariera skończyła się raz na zawsze. Nic podobnego. W ciągu dwóch lat były
premier stał się zawodowcem, a „dzięki” wysiłkom obozu pomarańczowych także symbolem Wschodniej Ukrainy, czyli tych, którzy nie akceptowali Julii Tymoszenko czy
Wiktora Juszczenki. Wszystko to jednak Janukowycz osiągnął bez pomocy Moskwy. W czasie kampanii parlamentarnej liderowi Partii Regionów doradzali amerykańscy eksperci. Z rad rosyjskich
specjalistów skorzystała tylko „postępowa socjalistka” Natalia Witrenko, której nie udało się nawet przekroczyć progu wyborczego. Dojście do władzy
jest więc osobistym sukcesem Janukowycza. Oczywiście ukraiński premier może podziękować rosyjskim politykom za gratulacje, ale nie jako ktoś, kto potrzebował ich wsparcia.
W dodatku w ciągu dwóch lat oddzielających wybory prezydenckie od parlamentarnych system rosyjsko-ukraińskich kontaktów korporacyjnych legł w gruzach i jest mało
prawdopodobne, aby udało się go odbudować. Teraz Janukowycz będzie musiał bronić interesów, jeżeli nawet nie państwowych – ukraińskich, to swoich – donieckich.
Powszechnie zaś wiadomo, że nowy premier jest twardym negocjatorem. To właśnie jego rząd jeszcze w czasach Leonida Kuczmy mimo nacisków ze strony prezydentów Rosji i
Ukrainy powstrzymywał, jak mógł, podpisanie dokumentów o powołaniu Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej. A przecież wtedy pełnomocnictwa szefa rządu były dużo
mniejsze niż obecnie i Janukowycz wyraźnie pozostawał w cieniu Kuczmy.
Wygląda więc na to, że Rosjanom łatwiej mogły wychodzić negocjacje z pomarańczowymi ministrami, chociażby dlatego że pomarańczowym brakowało doświadczenia Janukowycza oraz majątku, a
także mieli zdecydowanie nieprawidłowe z rosyjskiego punktu widzenia nastawienie do UE i NATO. Stosunek ministrów Janukowycza będzie co prawda bardziej prawidłowy, ale ich
profesjonalizm i majątek są większe, tak że rozmowy z nimi będą trudniejsze.
Mit prorosyjskości
Nie tak łatwo więc – jak to się mogło wydawać na pierwszy rzut oka – pójdzie Kremlowi z nowym premierem Ukrainy. W innych warunkach i w innym czasie Janukowycz
mógłby oczywiście stać się prorosyjski. Jednak ten czas bezpowrotnie minął. Jeżeli teraz tłumaczy się on przed Rosjanami, że nie może zrównać statusu języka
rosyjskiego z ukraińskim, należy to traktować raczej jako uprzejmy gest pod adresem Moskwy i własnych rosyjskojęzycznych obywateli niż prawdziwą chęć wprowadzania jakichś zmian w tej
materii. Nie należy także zapominać, jaka część władzy przypadnie Janukowyczowi. Jeśliby od nowego premiera zależały ministerstwa spraw zagranicznych, obrony i spraw wewnętrznych, a od
prezydenta Juszczenki resorty ekonomiczne, najprawdopodobniej mit prorosyjskości premiera udałoby się utrzymać. Janukowyczowski minister spraw zagranicznych popierałby wszystkie międzynarodowe
inicjatywy Rosji, minister obrony narzekałby na NATO, a minister spraw wewnętrznych szukałby pcheł w warkoczu Julii Tymoszenko. W tym samym czasie pomarańczowi ministrowie gospodarczy, ci
„prozachodni obrzydliwcy” próbowaliby obniżyć ceny na rosyjskie paliwa, narzekaliby na ograniczenia ukraińskiego eksportu do Rosji i przeszkadzaliby rosyjskiemu
biznesowi kupować ukraińskie przedsiębiorstwa. A będzie teraz zupełnie odwrotnie. Prezydencki minister spraw zagranicznych tak jak zawsze będzie mówił o eurointegracji i popierał
Waszyngton, minister obrony nie będzie wychodził z kwatery głównej NATO, a minister spraw wewnętrznych co pewien czas odkryje jakiś skandal związany z działalnością
któregoś z donieckich biznesmenów. W tym samym czasie gospodarczy ministrowie z premierem na czele będą próbowali obniżyć ceny na rosyjskie paliwa, będą
oburzali się na rosyjskie ograniczenia eksportu ukraińskich produktów i wszelkimi siłami przeszkadzali rosyjskiemu biznesowi w zakupie ukraińskich przedsiębiorstw. Prozachodni
obrzydliwcy?
A może jednak nieprozachodni? „Przecież to nasi własni obrzydliwcy, to o nich walczyliśmy” – stwierdzą po kilku miesiącach rozczarowani rosyjscy politycy. I będą
mieli rację. Dojście do władzy Janukowycza powinno wreszcie skończyć z niektórymi mitami. Działaniami ukraińskich polityków tak naprawdę kierują nie prozachodnie czy
proukraińskie sympatie, tylko ich własny interes. Dokładniej: ich biznes. Stąd prorosyjskie czy proamerykańskie deklaracje ukraińskich polityków pozostają przede wszystkim
deklaracjami. Dlatego tak ważni stają się ministrowie spraw zagranicznych i obrony, chociaż w wewnątrzukraińskim kontekście nie mają oni specjalnego politycznego znaczenia. Ten, kto
kontroluje tzw. resorty siłowe, decyduje o mitologicznej przyszłości kraju, ten, kto kontroluje gospodarkę, decyduje o konkretnej przyszłości Ukrainy, moim zdaniem, na razie niezwiązanej
jednoznacznie ani z Rosją, ani z Zachodem. I dlatego mamy to, co mamy: podkreślający przywiązanie do idei euroatlantyckiej integracji Juszczenko ciągle jest obcy dla Zachodu, a mentalnie bliski
niedawno spotykającej się w Soczi postradzieckiej kompanii. Janukowycz pozostaje obcy dla Rosji...
Witalij Portnikow — dziennikarz, absolwent i doktorant Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Moskiewskiego; w latach 1988 – 94 korespondent „Mołod’
Ukrajiny” (Kijów), w latach 1989 – 95 komentator „Niezawisimoj Gaziety” (Moskwa), od roku 1991 korespondent i analityk Radia Wolna Europa (serwis
rosyjski i ukraiński), od 1994 komentator tygodnika „Dzerkało Tyżnia” (Kijów)