Dla ONZ szczególnie obecne lato było okresem nieszczęść. Mam na myśli nie tylko trwający miesiąc paraliż tej organizacji, podczas gdy wojna Izraela z Hezbollahem wyniszczała
libańskie i izraelskie miasta, ale również manifestację impotencji jej sił pokojowych w Libanie, kiedy 25 lipca żołnierze ONZ zostali zabici przez izraelskie wojsko. Mimo to
większość społeczności międzynarodowej nadal zakłada, że ONZ jest najlepszą instytucją mogącą przynieść ostateczne rozwiązanie kryzysu na Bliskim Wschodzie. Rzeczywiście pewnego dnia
po wielu przepychankach i kłótniach członkowie Rady Bezpieczeństwa w końcu przyjęli rezolucję wzywającą do zawieszenia ognia.
Czcze gadanie
Kto poważnie oczekuje od ONZ, że ta powstrzyma Al-Kaidę (lub jej ostatnich naśladowców) przed wysadzaniem się na pokładach samolotów, ten jest niepoprawnym optymistą.
Wszystko, co organizacja ma w tej sprawie do zaproponowania, to gadanina po próżnicy.
Surfowałem niedawno po stronie ONZ, żeby dowiedzieć się, jak reaguje ona na rozszerzenie się terroryzmu po obu stronach Atlantyku. Znalezienie strony o obiecującym tytule „Akcje ONZ
przeciw terroryzmowi” nie zajęło mi dużo czasu. Kliknięcie na „Ostatnie wydarzenia” doprowadziło mnie do „Rekomendacji w sprawie globalnej strategii
zwalczania terroryzmu”. Poniżej znajdowało się surowe potępienie „terroryzmu we wszystkich jego formach i przejawach, stosowanych przez kogokolwiek, kiedykolwiek i z
jakiejkolwiek przyczyny” zaczerpnięte z opublikowanego w kwietniu raportu Kofiego Annana pt. „Zjednoczeni przeciw terroryzmowi”. Im dłużej go czytałem, tym moje
rozczarowanie było większe. Kiedy doszedłem do rozdziału VI „Obrona praw człowieka w kontekście zagrożenia terrorystycznego i zwalczania terroryzmu”, o mało nie zapadłem
w śpiączkę. Proszę pozwolić mi przytoczyć fragment tego dokumentu, żeby jego smak był dla wszystkich odczuwalny.
„W paragrafie 109 Rezultatu Światowego Szczytu 2005 Rada Bezpieczeństwa jest wezwana, żeby zapewnić właściwe i jasne procedury umieszczania jednostek i podmiotów prawnych
na liście objętych sankcjami, jak również usuwania ich z niej, a także do zapewnienia im humanitarnych warunków. Po udzieleniu tego mandatu i w zgodzie z paragrafem 20. tego
raportu dotyczącym wprowadzenia decyzji zawartych w Rezultacie Światowego Szczytu 2005 mówiących o podjęciu pewnych działań przez Sekretarza Generalnego (A/60/430),
zwróciłem się z prośbą do Biura Prawnego Sekretariatu w sprawie rozpoczęcia procesu międzydepartamentowego prowadzonego w ścisłej współpracy z Departamentem Spraw
Politycznych i OHCHR, aby wypracować propozycje i wskazówki, które byłyby wzięte pod uwagę przez Radę Bezpieczeństwa (...) W międzyczasie Komisja zaproponowała
zaapelowanie o realizację rezolucji 1267 (1999) i wyraziła zgodę na korektę swoich Dyrektyw. Komisja została wezwana do dalszej dyskusji w sprawie umieszczania na liście i wykreślania z niej,
a także przyjęła te rekomendacje z raportów Komisji Analitycznego Wsparcia i Zespołu Monitorującego Sankcje, które stale wskazywały na potrzebę zajęcia się tym
problemami”.
To wszystko musiało naprawdę śmiertelnie przerazić Osamę bin Ladena.
Urodzony w Wielkiej Brytanii historyk z Yale Paul Kennedy w swojej najnowszej książce „Parlament człowieka: ONZ i potrzeba rządu światowego” udowadnia, że Organizacja
Narodów Zjednoczonych przoduje w pustym gadaniu, ale jej działania w nikłym stopniu wpływają na zakończenie konfliktów wojennych. Kennedy tytuł do swojej książki
zaczerpnął z poematu Alfreda Tennysona „Ratusz Locksley”, w którym poeta „zanurzył się w przyszłości” i wyobraził sobie czasy,
„kiedy nie słychać już bębnów wojennych, a chorągwie wojenne zostały zwinięte/ w parlamencie człowieka, federacji świata”.
Parlament człowieka?
Amerykański prezydent Harry S. Truman często cytował te fragmenty z Tennysona podczas konferencji założycielskiej ONZ w 1945 roku, żeby przekonać wahających się rodaków do
koncepcji zbiorowego bezpieczeństwa, jaką w latach dwudziestych XX wieku uosabiała Liga Narodów. Jednak ostatecznie wynikł z tego nie parlament człowieka, ale raczej parlament państw
narodowych, silnie podporządkowany komitetowi wykonawczemu pięciu imperiów – stałych członków Rady Bezpieczeństwa, czyli Wielkiej Brytanii, Chin, Francji, Rosji i
USA.
Większość obrońców istnienia ONZ i zwolenników jego reformy koncentruje się na znaczącej władzy tych pięciu potęg. Pytają, dlaczego cieszą się one przywilejem weta
rezolucji, które im się nie podobają? Dlaczego zasiadają w niej Chiny, a nie Indie. Otóż dlatego, że Indie były częścią brytyjskiego imperium w 1945, podczas gdy nikt w
Waszyngtonie nie sądził, że w ciągu czterech lat Chiny zostaną opanowane przez komunistów. A dlaczego w Radzie Bezpieczeństwa nie ma miejsca dla Japonii i Niemiec? Czyżby tylko z
tego powodu, że w czasie II wojny światowej znalazły się po niewłaściwej stronie?
Krytycy, którzy w ten sposób stawiają te sprawy, są podobnie zwiedzeni, jak reakcyjni republikanie uważający ONZ za piąte koło u wozu, a nie za ważki potencjał dla USA,
zapominając przy tym, jak bardzo Ameryka skorzystała z legitymizacji wojny koreańskiej i I wojny w Zatoce.
Zgadzam się z argumentacją Kennedy’ego. Powojenny świat bez Organizacji Narodów Zjednoczonych albo z instytucją dużą słabszą niż Liga Narodów byłby światem
z jeszcze większą liczbą konfliktów zbrojnych. Wystarczy popatrzeć na listę misji pokojowych ONZ, aby zdać sobie sprawę, ile konfliktów zbrojnych zostało zażegnanych.
Obecnie wojska ONZ prowadzą 18 operacji z udziałem żołnierzy misji pokojowych spośród 60, które miały miejsce od 1945 roku.
Czy powiększona albo w inny sposób zmodyfikowana Rada Bezpieczeństwa udzieliłaby mandatu albo sprawiłaby, że misje pokojowe byłyby bardziej skuteczne? Czy działałaby szybciej albo
efektywniej w sprawie zatrzymania ludobójczych wojen, jak choćby tych toczonych w Bośni i Rwandzie w latach 90.? Wydaje się to nieprawdopodobne. Nad- czy niereprezentatywny skład Rady
Bezpieczeństwa nie ma tu znaczenia, nie zwiększa szans na porozumienie w sprawie rezolucji, zwłaszcza teraz po zakończeniu zimnej wojny.
Podzielony świat
Dziś słabości Organizacji Narodów Zjednoczonych należy upatrywać gdzie indziej. A mianowicie w tym, że w Zgromadzeniu Ogólnym biorą udział wszystkie (czy niemal
wszystkie) państwa świata, od ogromnych i istniejących od niepamiętnych czasów po malutkie i nowo powstałe. Powoduje to nie tylko nadreprezentację ludów takich jak
Arabowie, które uległy dość dużemu politycznemu rozczłonkowaniu. Prowadzi to także do nadreprezentacji państw jako takich. W parlamencie człowieka wyobrażonym przez Tennysona
„zdrowy rozsądek większości ograniczy zapędy awanturników”. Podobnie ONZ została wymyślona, by powstrzymać „awanturnicze” państwa,
które łamią prawo międzynarodowe. Nawet jeśli Narody Zjednoczone działają czasem niekonsekwentnie, jak w wypadku irańskiego programu atomowego, to mimo wszystko dysponują
odpowiednimi mechanizmami powstrzymywania konfliktów.
Ale Hezbollah nie jest państwem, lecz w najlepszym razie państwem w państwie. Natomiast Al-Kaida to luźna sieć działająca w wielu krajach. Nie wiemy – a już na pewno nic tu nie
wyjaśnia raport Kofiego Annana – jaką rolę powinna odgrywać ONZ w zwalczaniu takich wojowniczych aktorów, których nie można zaliczyć do państw. Na razie
pomysły ograniczają się do tworzenia nowych komitetów i publikowania kolejnych raportów. Przyczyną tego jest to, że organizacje terrorystyczne kwitną właśnie w słabych
państwach, które są równie licznie reprezentowane w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, jak państwa silne, będące celem terrorystycznych ataków. Dlatego
właśnie nawoływanie do stworzenia służb wywiadowczych ONZ czy też armii ONZ – co popiera Paul Kennedy– świadczą o takim samym braku realizmu, jak młodzieńcza wizja
Tennysona „przyjaznej ziemi – uśpionej, chronionej dzięki uniwersalnemu prawu”.
„Chaos, Wszechświat! Wszechświat, Chaos!” – woła starszy, mądrzejszy Tennyson w „Locksley Hall Sixty Years After”. „Któż
wie, jak to się wszystko zakończy?”. W naszym nieuleczalnie podzielonym świecie nikt nie zna odpowiedzi.
Niall Ferguson, jeden z najwybitniejszych europejskich historyków. Wykładowca historii politycznej i gospodarczej na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz Harvardu. Autor m.in. „The
Pity of War”, poświęconej źródłom I wojny światowej oraz „Empire” – historii Imperium Brytyjskiego. Stały współpracownik
„Los Angeles Times”, „The Sunday Telegraph” i „Dziennika”.