Dziennik Gazeta Prawana logo

"W oczekiwaniu na apokalipsę"

12 października 2007, 11:30
Ten tekst przeczytasz w 13 minut
Zakończenie wojny w Libanie nie oznacza, że na Bliskim Wschodzie zapanował pokój. Prezydent Iranu Ahmadineżad już zapowiedział, że Izrael "nie powinien zakładać", iż zawieszenie broni z Hezbollahem oznacza koniec kryzysu.

Podczas wojny Hezbollahu z Izraelem duchowny Ahmad Chatami zagroził, że Iran zbombarduje Tel Awiw rakietami średniego zasięgu, gdy tylko zaostrzy
się konflikt z Zachodem w sprawie irańskiego programu atomowego i Iran zostanie zaatakowany. Międzynarodowi eksperci potwierdzają, że irańskie rakiety Shahab 3 są w stanie dosięgnąć Izrael. Podobne zapowiedzi padają też z drugiej strony. Tydzień po zakończeniu wojny z Hezbollahem izraelski minister Rafi Etan stwierdził, że jego kraj będzie przygotowany na atak ze strony Iranu. Niestety, wojna między obydwoma państwami jest bardzo prawdopodobna.

Podczas zimnej wojny Zachód i blok komunistyczny dysponowały bronią masowego rażenia. Żadna ze stron jej nie użyła, gdyż funkcjonowała
wojskowa doktryna odstraszania MAD, czyli obustronnego nieuchronnego zniszczenia. Podobna presja zapobiegła użyciu broni nuklearnej w sporach
Indii z Pakistanem. Obecnie tego rodzaju konfrontacja grozi między uzbrojonym w rakiety z głowicami atomowymi Iranem a jego ulubionymi wrogami, nazwanymi przez ajatollaha Chomeiniego Wielkim Szatanem i Małym Szatanem, czyli Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Na terenie USA bomby mogliby zdetonować terroryści. Ta metoda ma dla Iranu wielką zaletę, bo nie można wtedy wskazać bezpośredniego winnego. W przypadku Izraela cel jest wystarczająco mały, żeby spróbować zbombardować go bezpośrednio.

Coraz bardziej prawdopodobnie jest, że Iran już teraz ma albo wkrótce będzie posiadał w swoim arsenale broń nuklearną. Jest to możliwe dzięki trwającym od 15 lat badaniom, w których pomogli mu niektórzy sąsiedzi oraz Korea Północna. Język, jakim się posługuje prezydent Iranu, wskazuje, że rzeczywiście poważnie rozważa on użycie broni nuklearnej przeciwko Izraelowi. Ahmadineżad powiedział m.in.: "Imam miał rację, Izrael trzeba wymazać z mapy świata. Izrael to Hitler XXI w.". Czy strach przed obustronnym zniszczeniem może go przed tym powstrzymać?

Między Islamską Republiką Iranu i innymi rządami dysponującymi bronią nuklearną istnieje zasadnicza różnica. Polega ona na tym, że irański reżim w przeciwieństwie do nich wyznaje światopogląd apokaliptyczny. Ten światopogląd i zarazem oczekiwanie konkretnych wydarzeń, jasno wyrażane w przemówieniach, artykułach, a nawet podręcznikach, wyraźnie kształtują percepcję i zarazem politykę prowadzoną przez Ahmadineżada i jego rząd.

W przeszłości terroryści twierdzący, iż przeprowadzają swoje akcje w imię Allaha, nie wahali się zgotować rzezi wielkiej liczbie swoich współwyznawców. Dobitnym przykładem jest atak na amerykańskie ambasady we wschodniej Afryce w 1998 roku, kiedy zamordowano kilku amerykańskich dyplomatów i znacznie więcej przypadkowych przechodniów, wśród których było wielu muzułmanów. W zamachach przeprowadzonych przez islamskich terrorystów w ciągu ostatnich 15 lat wyjątkowo liczną grupę ofiar też stanowili muzułmanie. W takich okolicznościach terroryści często posługują się powiedzeniem "Allah rozpozna swojego". Ta zatrważająca obojętność wobec niewinnych ofiar oznacza, że po zamachu niewierny, czyli niemuzułmanin, idzie do piekła, na które zasługiwał, a muzułmanin prosto do nieba. Zgodnie z tym światopoglądem terroryści robią przysługę wyznawcom islamu, pozwalając im pójść szybciej do nieba, a więc otrzymać nagrodę, na którą zwykle zasługuje męczennik. Podręczniki pouczają młodzież irańską, żeby cały czas była gotowa na ostateczny globalny bój przeciwko złemu wrogowi, jak nazywają USA, i na przywilej stania się męczennikami.

Bezpośredni atak na USA, choć jest możliwy, to jednak w bliskiej przyszłości wydaje się mniej prawdopodobny. Izrael jest bliższym i
łatwiejszym celem, a Ahamdineżad niejednokrotnie, jak już wspomniałem, dawał sygnały, iż rozważa taką ewentualność. Zachodni obserwator natychmiast myśli o dwóch czynnikach mogących powstrzymać Iran przed zastosowaniem takiego scenariusza. Po pierwsze, taki atak, choć zmiecie Izrael z powierzchni ziemi, to przy okazji prawie na pewno zniszczy wszystkich Palestyńczyków. Po drugie, po tego typu ataku nastąpi odpowiedź ze strony Izraela. Przecież z pewnością można założyć, iż Izraelczycy przygotowali się do kontrataku na wypadek nuklearnego holocaustu.

Pierwszy potencjalny "straszak" stanowi powód do niepokoju dla Palestyńczyków, ale najwyraźniej ich fanatyczni mistrzowie w irańskim rządzie nic sobie z niego nie robią. Drugi straszak - groźba bezpośredniego ataku na Iran - jest osłabiony przez wspomniany syndrom samobójstwa, czy męczeństwa, jaki opanował współczesny świat islamski. Staje się on coraz ważniejszy, gdyż towarzyszą mu apokaliptyczne wizje.

W islamie, podobnie jak w judaizmie i chrześcijaństwie, istnieją pewne przekonania związane ze wszechświatową bitwą, jaka nastąpi wraz z końcem czasu (jej etapami będzie nadejście Antychrysta, wojna Goga i Magoga z Izraelem oraz ostateczna bitwa Armagedon pod murami Jerozolimy), a dla szyickich muzułmanów dodatkowym apokaliptycznym wydarzeniem stanie się długo oczekiwany powrót Ukrytego Imama. Wszechświatowa bitwa zakończy się ostatecznym zwycięstwem sił dobra nad siłami zła, jakkolwiek je zdefiniować. Nie ma wątpliwości, że Mahmud Ahmadineżad i jego zwolennicy uważają, iż ta chwila właśnie nadeszła, a śmiertelna rozgrywka już się rozpoczęła i przybiera na sile.

Słowa ajatollaha Chomeiniego cytowane w irańskim podręczniku dla jedenastej klasy mogą wiele wyjaśnić. "Oświadczam zdecydowanie całemu światu, że jeśli ci, którzy pragną podbić całą ziemię (czyli mocarstwa niewiernych), chcą widzieć wroga w naszej religii, wystąpimy przeciw wszystkim i nie ustaniemy w walce, póki ich nie zniszczymy. Albo wszyscy zdobędziemy wolność, albo wyzwolimy się z wszelkich kajdanów poprzez męczeństwo. Albo będziemy radośnie podawać sobie ręce, ciesząc się ze zwycięstwa islamu w świecie, albo zdobędziemy życie wieczne i męczeństwo. W obu przypadkach triumf i powodzenie są po naszej stronie".

W tym kontekście wzajemne gwarantowane zniszczenie - straszak, który tak dobrze sprawdzał się podczas zimnej wojny - nie ma żadnej siły oddziaływania. Gdy czas dobiegnie końca, i tak wszystko ulegnie destrukcji. Liczy się tylko ostateczne miejsce, do którego pójdą zmarli: dla niewiernych piekło, dla wierzących raj. MAD nie odstrasza ludzi ze światopoglądem Chomeiniego, już prędzej ich zachęca.

Jak zatem przeciwstawić się wrogowi tak patrzącemu na życie i śmierć? Należy przedsięwziąć krótkofalowe środki ostrożności. Natomiast w dłuższej perspektywie wydaje się, że naszą największą, a może jedyną, nadzieją jest apelowanie do muzułmanów, Irańczyków, Arabów i innych, którzy nie podzielają tych apokaliptycznych wizji, lecz czują się nimi zagrożeni, może bardziej niż my. Z pewnością w krajach islamskich takich ludzi jest bardzo wielu, może nawet większość. Nadszedł czas, by ocalili oni swe kraje, społeczeństwa i religię od szaleństwa destrukcji.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj