Zgodnie z amerykańską tradycją wyborczą Republikanie mają większe poparcie w kwestiach zagranicznych, a Demokraci w krajowych. Ze względu na niezadowolenie społeczeństwa z sytuacji w Iraku tegoroczne wybory były nietypowe: tym razem polityka zagraniczna pomogła Demokratom. Dlatego w interesie Demokratów nie leży zmiana polityki zagranicznej Busha. Oni liczą, że sytuacja się powtórzy w wyborach prezydenckich 2008. Należy się za to spodziewać, że debata wewnątrzamerykańska będzie ostrzejsza i bardziej agresywna.
Uzyskawszy większość w Izbie Reprezentantów, Demokraci wyznaczą przewodniczących wszystkich komisji, łącznie z komisjami ds. sił zbrojnych, stosunków międzynarodowych, wywiadu i przydziału środków budżetowych. Mogą wykorzystywać te komisje do prowadzenia przesłuchań i śledztw. Mogą wzywać urzędników rządowych i dowódców wojskowych do składania zeznań. Mogą szczegółowo zbadać najdrobniejsze błędy i nieprawidłowości popełnione w Iraku przez dowolną amerykańską instytucję państwową, jak również przez prywatne przedsiębiorstwa korzystające z kontraktów rządowych. Dotyczy to na przykład korporacji Halliburton, której szefem był Dick Cheney, zanim został wiceprezydentem.
Ponieważ prasa bardzo chętnie zrelacjonuje starcia i rewelacje z przesłuchań w komisjach, Demokraci będą mieli możliwość nieustannego nagłaśniania wszystkich problemów USA w Iraku. Będą też wskazywać na inne porażki Busha, takie jak nieumiejętność złapania Osamy bin Ladena czy zatrzymania północnokoreańskiego programu nuklearnego. Demokratom będzie znacznie bardziej zależało na kompromitowaniu Białego Domu i tym samym wzmacnianiu swoich szans w następnych wyborach prezydenckich. Mniej będzie ich interesować przeforsowanie jakichś zmian w amerykańskiej polityce zagranicznej.
Nieustanne ataki Demokratów utrudnią administracji prowadzenie polityki. Poza wszystkim nieustanna potrzeba reagowania na krytykę ze strony Kongresu zabierze Bushowi i jego głównym doradcom mnóstwo czasu i energii. Mimo to byłoby nierozsądne nie doceniać determinacji Busha i Cheneya. Bush nie może się ubiegać o reelekcję, więc nie musi się przejmować rankingami popularności. Powiedział już, że zasadność jego polityki oceni historia. A Cheney, który jest poważnie chory na serce, wykluczył walkę o Biały Dom i również nie musi martwić się o to, czy jest lubiany.
Prowadząc wojnę z terroryzmem, zespół Bush – Cheney wykazuje wiarę w słuszność swoich koncepcji. Ich zwolennicy nazywają to stanowczością i wiernością zasadom, a przeciwnicy
uporem i niezdolnością do spojrzenia w oczy rzeczywistości. Niezależnie od tego kto ma rację w tym sporze, wydaje się mało prawdopodobne, aby Bush i Cheney odstąpili od realizowanej przez
siebie polityki w ciągu ostatnich 26 miesięcy pełnienia urzędu.
Jest to szczególnie istotne w kontekście Iranu. Teheran całkowicie lekceważy przestrogi, że zostanie ukarany za swoje nuklearne grzechy. Przywódcy irańscy posunęli się do gróźb
skierowanych pod adresem Rady Bezpieczeństwa ONZ i wszystkich państw, które sprzeciwiają się ich dążeniu do budowy bomby atomowej. Skarcenie Busha przez amerykańskich wyborców niewątpliwie
wzmocni w irańskim reżimie przekonanie, że nic nie stanie na drodze jego nuklearnych ambicji.
Przypuszczalnie jednak jest to błędna ocena. Gdyby w chwili odejścia Busha z urzędu Teheran posiadał bombę albo był tego bliski, oznaczałoby to klęskę sztandarowych celów tej administracji. Taka porażka byłaby dla niego znacznie gorsza niż jakiekolwiek ciosy ze strony Demokratów. Nawet gdyby Ameryce i jej sojusznikom jakimś cudem udało się odnieść sukces w Iraku, byłoby to pyrrusowe zwycięstwo, gdyby Iran dołączył do grona państw nuklearnych.
Cała działalność Busha jako prezydenta wskazuje, e jego przyrzeczenie, iż do tego nie dopuści, należy potraktować poważnie. A skoro tak, to zastopuje irański program atomowy w jedyny możliwy sposób: zbombarduje instalacje nuklearne. Co zrobią wtedy Demokraci w Kongresie? Amerykanie są zmęczeni wojną w Iraku, ale wyraźna większość jest przerażona perspektywą, że reżim irański, ten sam, który wziął amerykańskich dyplomatów na zakładników oraz mordował Amerykanów w Libanie, Arabii Saudyjskiej i gdzie indziej, zdobędzie broń jądrową. Jeśli Bush każe zasypać Iran bombami i pociskami cruise, Demokraci nie sprzeciwią się temu. Przyklasną decyzji prezydenta, wiedząc, że później będą mieli mnóstwo czasu na krytykowanie go za wszelkie negatywne konsekwencje tej trudnej, lecz niezbędnej operacji.