Już na samym początku Demokraci będą starali się realizować trzy cele. Nałożą George'owi Bushowi wędzidło, które nie da mu możliwości prowadzenia radykalnej polityki – zarówno w sprawach wewnętrznych, jak i poza granicami kraju. Niektórzy komentatorzy spekulują, że prezydent, nie będąc zmuszonym do startu w żadnych wyborach, może coś zrobić w Iranie czy Korei Północnej – choćby po to, żeby przejść do historii. Według mnie to dzisiaj mniej prawdopodobne. Nawet najbardziej radykalnie usposobiony prezydent, mając przeciwko sobie Kongres, nie będzie się mógł zdecydować na radykalne kroki.
Po drugie Kongres bardzo agresywnie i konsekwentnie będzie powoływał komisje śledcze i prowadził dochodzenia w sprawie polityki Białego Domu przez ostatnie sześć lat. Po trzecie wreszcie, Demokraci będą próbowali realizować swoje inicjatywy związane z wewnętrzną polityką gospodarczą, co także oznaczać musi konflikt z Białym Domem.
Mimo wszystko nie sądzę, by USA zdecydowały się na wycofanie się z jakichkolwiek fundamentalnych inicjatyw w polityce zagranicznej. Nadal będą wspierać demokrację w krajach sąsiadujących z Rosją, a przede wszystkim w Gruzji i na Ukrainie. Nie wycofają się też z misji w Afganistanie. Nie będzie jednak nowych przygd, szczególnie militarnych. Gorsza strona tej sytuacji jest taka, że Ameryka zostanie częściowo sparaliżowana na najbliższe dwa lata – do wyborów prezydenckich. Zostanie zrobione niewiele rzeczy praktycznych. Można się jedynie spodziewać zaostrzenia walki politycznej.
W Europie tradycyjnie Demokraci są postrzegani jako łatwiejsi partnerzy, rozumiejący tutejszy kontekst społeczno-polityczny. Przestrzegałbym jednak przed zbyt wielkim entuzjazmem. Jeśli chodzi o stosunki handlowe, nie jest to w ogóle prawdą. Przypuszczalnie łatwiej się z nimi porozumieć w sprawach bezpieczeństwa i obrony. Mimo tych zastrzeżeń Europie będzie łatwiej nawiązać dialog ze Stanami Zjednoczonymi niż za czasów Republikanów. W pewnym sensie Ameryka za Demokratów wróci do roli partnera, bo nie będzie mogła sprawować roli przywódczej w świecie w taki sposób jak dotychczas. A to przecież jej zupełnie wyjątkowa w ciągu ostatnich sześciu lat pozycja w świecie była jedną z przyczyn nieporozumień w stosunkach transatlantyckich. Przed nami szansa na zmniejszenie przepaści pomiędzy Europą i Stanami Zjednoczonymi.