Wyborcy Republikanów dowiadywali się o swoich ludziach w Kongresie czy senacie rzeczy strasznych – i były to najczęściej informacje prawdziwe. Wbrew temu, co twierdzi dzisiaj wielu komentatorów, było to zatem głosowanie nie tylko przeciwko prezydentowi Bushowi, ale również przeciwko temu, co miało miejsce w Kongresie w długiej epoce dominacji republikańskiej.
Trzeba też powiedzieć otwarcie, że kampania wyborcza była wyjątkowo agresywna i przesiąknięta negatywną retoryką. Choć wszyscy mówią teraz o współpracy i rozwiązywaniu problemów, przed którymi stoi Ameryka, obawiam się, że w Kongresie dojdzie do całkowitego paraliżu.
Agresja partyjna przełoży się na funkcjonowanie obu Izb. Stanowisko przewodniczącego Izby Reprezentantów – co w USA jest bardzo istotną i dającą ogromną władzę funkcją pozwalającą na decydowanie, jakie ustawy zostaną poddane pod głosowanie – obejmie jako pierwsza w historii USA kobieta, Nancy Pelosi. Jest ona nastawiona bardzo antybushowsko i antyrepublikańsko, natomiast Partia Republikańska przedstawia ją jako niemalże diabła wcielonego. Nie zwiastuje to harmonijnego współdziałania między partiami.
Prawdopodobnie Demokraci poświęcą następne dwa lata na przygotowania do wyborów prezydenckich w 2008 roku i będą robić wszystko, by jak najwięcej wpadek, porażek i błędów administracji Busha i Partii Republikańskiej ujrzało światło dzienne. Zatem miast konstruktywnej i owocnej debaty na temat istotnych problemów możemy raczej oczekiwać słownych wojen i wzajemnego blokowania i szukania haków.
Jednak nie sądzę, aby doszło do próby usunięcia prezydenta Busha ze stanowiska – choć najbardziej radykalni politycy Demokratów wspominali o takiej możliwości – gdyż doświadczenia z końcowego okresu prezydentury Clintona raczej zniechęcają do podejmowania tego typu kroków. Natomiast Demokraci z pewnością poświęcą wiele czasu i energii na dochodzenia w kwestii wojny irackiej i afer korupcyjnych. Nie mogąc odsunąć Busha od władzy, będą się starali go maksymalnie osłabić.