Dziennik Gazeta Prawana logo

"Przegrana może wyjść Republikanom na dobre"

12 października 2007, 14:11
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Przegrana w wyborach do Kongresu nie jest żadną klęską Republikanów. Czy gdyby w Polsce rządząca partia straciła władzę w parlamencie po 12 latach, mówilibyśmy o klęsce? - pyta w DZIENNIKU Tomasz Lis, publicysta Polsatu.

Dziwić może jedynie, że Republikanie nie przegrali wcześniej ani dwa lata temu, ani sześć. Zważywszy że Ameryka od ponad trzech lat jest w stanie wojny, która pochłonęła już tysiące ofiar i której końca nie widać, porażka rządzącej partii nie jest żadną niespodzianką. Notabene, rozwiązania kwestii irackiej nie potrafią wskazać również Demokraci. Paradoksalnie, dla Republikanów to, co się stało wczoraj, wcale nie musi się okazać złe.

Gdyby zachowali większość w obu izbach Kongresu, jest wielce prawdopodobne, że przy prawdopodobnie pogarszającej się sytuacji w Iraku w najbliższych wyborach prezydenckich ponieśliby rzeczywiście druzgocącą klęskę. Mogliby wówczas stracić i Izbę Reprezentantów, i Senat, i Biały Dom. A wczorajsza porażka daje ich kandydatowi na prezydenta całkiem sporą szansę. W sprawie Iraku obecny faworyt Republikanów John McCain zajmował bowiem takie samo stanowisko, jak większość jego partii i większość Demokratów, w tym Hillary Clinton. I podobnie jak ona w miarę możliwości dystansuje się dziś od Busha w tej kwestii.

Nie sądzę więc, by jego szanse w wyniku przegranych wczoraj wyborów były mniejsze. Czasem utrata obu izb Kongresu może się okazać dla kandydata na prezydenta podarunkiem losu. Na początku 1995 roku po gigantycznym zwycięstwie Republikanów, które rozpoczęło zakończoną wczoraj „republikańską rewolucję, wszyscy przekreślili Billa Clintona i uznali, że pytanie brzmi nie: czy, lecz który Republikanin zastąpi go w 1996 roku w Białym Domu. Tymczasem właśnie zwycięstwo Republikanów, którzy bardzo szybko zrazili do siebie wyborców radykalizmem, okazało się potem dla Clintona trampoliną do zachowania władzy.

Za chwilę speakerem Izby Reprezentantów, czyli amerykańskim marszałkiem Sejmu, zostanie Nancy Pelosi. Jest ona ucieleśnieniem najgorszych wyobrażeń zwykłej Ameryki o tym, jak wygląda amerykański liberał, czyli tak naprawdę socjalista. Im bardziej więc zacznie się eksponować panią Pelosi również jako pierwszą kobietę speakera w amerykańskiej historii tym szybciej Amerykanie zrażą się do liberałów i tym łatwiej będzie republikańskiemu kandydatowi na prezydenta przestraszyć Amerykę postacią Hillary Clinton. Będzie mógł bowiem powtarzać, że Hillary Clinton to tak naprawdę Nancy Pelosi, która udaje polityka umiarkowanego, ale zdejmie maskę tuż po wyborach.

Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, nie wyobrażam sobie jakiejś znaczącej odmiany. Tą polityką kieruje prezydent. Demokraci mogą mu utrudnić życie, tnąc różne pozycje w budżecie, ale żaden nie zdecyduje się na radykalny zwrot w sprawie Iraku. A już na pewno takiego zwrotu nie będzie forsowała Hillary Clinton, która sześć lat strawiła na pokazywaniu Amerykanom, że może być politykiem kompromisu. Stanie więc na głowie, by zdusić podejrzenia, jakoby marzyła o wyprowadzeniu wojsk USA z Iraku. To właśnie Demokraci, pielęgnując szanse swojego kandydata na prezydenta, będą gwarantem, że w Iraku nic się nie zmieni.

Nasuwa się oczywiście pytanie o ostatnie dwa lata prezydentury Busha. W Ameryce istnieje pojęcie „lame duck spadająca kaczka, odnoszące się do polityka, który co prawda sprawuje władzę, ale za chwilę zakończy i swą kadencję, i karierę. Nie wydaje mi się, by Bush był w stanie odzyskać jeszcze wigor. Będzie szedł w zaparte i próbował przekonywać świat, że płaci cenę za to, że wcześniej niż inni z całą mocą rozpoznał współczesnego wroga, jakim jest terroryzm i wypowiedział mu śmiertelną, jakże kosztowną wojnę.

Wczorajsze wybory stanowią mocny akord zamykający 12-letnią epokę polityczną w USA, ale tak naprawdę są jedynie przygrywką do tego, co może się zdarzyć za dwa lata w wyborach prezydenckich. I jeśli coś istotnego z punktu widzenia świata ma się stać, to stanie się właśnie wtedy. A wcześniej będzie fascynująca kampania z wielkimi szansami Murzyna Baracka Obamy i kobiety, Hillary Clinton. Kobieta lub Murzyn w decydującej rozgrywce, to byłaby sensacja na skalę historyczną. A zwycięstwo kogoś z tej dwójki byłoby rewolucją.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj