Czemu Polska nie jest sexy? Jedni oburzają się na nas, że użyliśmy tak wstrętnego, a co najmniej niepasującego słowa w poważnej dyskusji o stanie ojczyzny, inni wylewają przy tej okazji frustrację na "Kaczory" i "kaczyzm". Jakby nasze kłopoty z seksapilem zaczęły się przed rokiem. I miały potrwać tylko do końca obecnej kadencji Sejmu czy prezydentury.

Myślę, że jest gorzej. Nasze kłopoty z seksapilem, z samooceną, ze zdolnością do życia w tak ryzykownym miejscu Europy jakim jest Polska, trwają od ponad 200 lat. A z historycznej neurozy nie wychodzi się szybko. I ona uderza właśnie w witalność narodu, w to, czego nie da się zafałszować patetycznym językiem, o czym trzeba mówić brutalnie i wprost. Dlatego użyte przez nas celowo odniesienie do seksu, do erotycznej atrakcyjności, do najbardziej fundamentalnie rozumianej żywotności Polaków bardziej tu pasuje, niż pełne hipokryzji rozważania o naszych moralnych zwycięstwach czy wewnętrznej wolności. Nawet jeśli przez całe dekady przyzwyczajali nas do takiego języka nasi intelektualni przodownicy stada.

200 lat żałoby z małymi przerwami
Jak wynika z towarzyszącego dyskusji DZIENNIKA eseju Ewy Thompson w sobotniej "Europie", ostatnie literackie zapisy zadowolenia Polaków z samych siebie i własnego kraju pochodzą z XVIII wieku. Sprzed ponad 200 lat. W dodatku powstały w apogeum czasów saskich, kiedy nasi przodkowie Sarmaci roztrwonili już, zmarnowali doszczętnie imperium, które wcześniej sami stworzyli. Tylko jeszcze o tym nie wiedzieli. Zatem nawet samozadowolenie jakiegoś narodu, duma z własnej witalności i seksapilu własnej ojczyzny niekoniecznie musi być zapisem prawdy o tym kraju. Często może być świadectwem błędu, zapisem snu, z którego wkrótce zostanie się przebudzonym.

Na inny sposób takim krótkim snem była II Rzeczpospolita. Śniło ten sen całe pokolenie wychowane w przekonaniu o jej mocarstwowości. Później przyszło przebudzenie w dwóch turach. We wrześniu 1939 roku i w Powstaniu Warszawskim. Kiedy się okazało, że granic tego mocarstwa nie będzie się bronić na Dniestrze, ale dużo bliżej, na Wilczej i Kruczej, w ruinach własnej stolicy.

I jeszcze ostatnia epoka – najkrótsza i najbardziej złudna – kiedy atrakcyjność życia walczyła przez chwilę w Polsce na równych prawach z martyrologiczną atrakcyjnością śmierci i męczeństwa. Krótkie apogeum gierkowszczyzny, kiedy o naszej odrodzonej imperialnej potędze przekonały nas małe fiaty, kurczaki z rożna i dżinsy z peweksów. A także pokazywane nam na lekcjach geografii tabele, w których Polska ścigała się z Japonią i Francją – i prześcigała je bez trudu w produkcji miedzi, siarki, węgla czy ziemniaków.

Fałszywe przekonanie o potędze naszej ekonomicznej bazy obudziło w nas wtedy przesadną dumę w nadbudowie. Jej echem, echem gierkowszczyzny, stała się wystawa Marka Rostworowskiego "Polaków Portret Własny", gdzie trumienne portrety zadowolonych z siebie Sarmatów sąsiadowały z upozowanymi socrealistycznie portretami szczęśliwych robotników Huty Katowice i Stoczni im. Lenina. To Gierek obiecał nam jako pierwszy, że będziemy drugą Japonią. A jako druga Japonia zasługiwaliśmy przecież, no może nie od razu na liberalną demokrację, ale przynajmniej na prawdziwe niezależne związki zawodowe.

Zaraz potem początek karnawału pierwszej "Solidarności" – będącej także echem krótkiego snu gierkowszczyzny. Zanim parę miesięcy później, gdzieś tak wiosną 1981, objawiona nam przez komunistyczną władzę nasza materialna nędza wyrwała nas z pięknego snu, złamała naszą dumę, odebrała zadowolenie z samych siebie. Stojąc w kolejkach po mięso, a także w kolejkach do konsulatów, po wizy, znów zaczęliśmy o sobie myśleć jak o niewolnikach. Ekonomicznych i politycznych. I myśleliśmy tak przez całe lata 80., a może i 90. Bez względu na rozważania Kuronia, Michnika czy ks. profesora Józefa Tischnera o trudnej wewnętrznej wolności i odnoszonych przez nas nieustająco moralnych zwycięstwach.

Reklama

Poza przedstawionymi tutaj wyjątkami, przez ponad 200 lat Polska wabiła swoich obywateli – a już szczególnie tych młodych – na pierwszą randkę, za pomocą seksapilu śmierci, a nie życia. Za pomocą Tanatosa, a nie Erosa. Nie inaczej było ze mną. W Polsce rozkochałem się, czytając jako 15-letni dzieciak "Różę" Żeromskiego – dosyć grafomański dramat, w którym opowiedziana jest klęska jedynej polskiej rewolucji 1905 roku. A także "Krótkie spięcie", socjologiczno-historyczny epos Jakuba Karpińskiego o Marcu ’68. O kilku dniach, a może zaledwie kilku godzinach dumy, za które całemu pokoleniu przyszło później zapłacić latami upokorzenia. Bohaterowie sypiący w śledztwie, poprzemieniani w TW. Zwykła polska historia. Bo nawet w Pokoleniu ’68 zakochałem się wtedy nie dlatego, że miało jakiś zdrowy seksapil (nie znałem jeszcze wówczas osobiście, ani nawet ze zdjęcia, Jadwigi Staniszkis czy Barbary Toruńczyk), ale dlatego, że przecierpiało swoje. A cierpienie było jedynym rodzajem erotycznej atrakcji, jaką młody Polak przez ostatnie 200 lat miał prawo w przestrzeni publicznej odczuwać i okazywać.

Potem było już tylko gorzej. Przez całe lata 80. nie czułem żadnego heroizmu podczas spotkań z SB czy ZOMO. Tylko upokorzenie. Widać zabrakło mi jakiegoś polskiego enzymu, genu bohaterstwa. Bo kiedy czytałem świadectwa Michnika, Kuronia, Romaszewskiego, Niesiołowskiego, Macierewicza i innych, to – jeśli oczywiście im wierzyć – oni zawsze czerpali z tych spotkań wyłącznie dumę, rozkosz i zapał do dalszej walki. Ja nie czerpałem. Wręcz przeciwnie. To właśnie w latach 80. kompletnie przestał na mnie działać polski afrodyzjak męczeństwa. Nie na mnie jednego.

Męczeństwo na pluszowym krzyżu
Jeszcze gorsza od prawdziwego męczeństwa była w ciągu ostatnich 200 lat nieustająca konieczność jego rytualnego odgrywania. Bo śmierć bywa krótka, powstańcze zrywy czy bitwy trwają po kilka dni, czasem kilkanaście minut – jak najbardziej gwałtowne manifestacje stanu wojennego. Całą resztę tych 200 lat Polacy spędzali mimo wszystko żyjąc. Tyle że nie bardzo wiedzieli, co z tym życiem zrobić. Tym bardziej że odpowiedzialni za seksapil naszej narodowej kultury pisarze, malarze, dramaturdzy i kościelni hierarchowie zajmowali się przez cały ten czas rytualnym symulowaniem śmierci, pozorowaniem męczeństwa.

Pierwszy zauważył to Stanisław Brzozowski, otwarcie szydząc z polskiej skłonności do "męczeństwa na pluszowym krzyżu", rzucając w twarz narodowej kulturze i narodowemu katolicyzmowi obraźliwe określenie "polskie Oberamergau". Oberamergau to taka niemiecka Kalwaria, gdzie na przełomie XIX i XX wieku eleganckie damy i dobrze urodzeni panowie zajeżdżali powozami i przebierali się ze swych kosztownych futer w stroje ludu, żeby brać udział w zbiorowym naśladowaniu Chrystusowej Pasji. Dzisiaj w Polsce taką funkcję pełnią organizowane w ramach polityki historycznej rocznicowe inscenizacje, w których młodzi ludzie przebrani za zomowców udają, że okładają pałkami swoich rówieśników przebranych za manifestantów. Albo młodzi ludzie przebrani za powstańców warszawskich walczą na niby z rówieśnikami poprzebieranymi za hitlerowców. Jak się dowiedziałem zupełnie prywatnie, więcej ochotników zgłasza się do naśladowania nazistów, bo nazistowskie mundury są fajniejsze niż ozdobione białoczerwoną opaską stroje powstańców – to a propos estetyki i seksapilu. A nasze pokolenie i młodsze niemieckie mundury fascynują od czasu, kiedy po raz pierwszy obejrzeliśmy Kapitana Klossa. W ten jednak sposób tragedia tego narodu staje się farsą, a ludzie organizujący to nowe polskie Oberamergau, zamiast polityki historycznej – która musiałaby służyć przepracowaniu polskiej historii, przemyśleniu popełnionych przez nas błędów, które kosztowały nas potęgę, a nawet samo istnienie państwa – biorą udział wyłącznie w historycznej korupcji.

Polskie zamiłowanie do pięknej śmierci (lub choćby jej odgrywania) i niezdolność do pięknego życia nie tylko biograficznie uosabiał, ale także zrozumiał i precyzyjnie wypowiedział Zbigniew Herbert. W latach 50. ubiegłego wieku, kiedy Polacy cierpieli, a polski poeta powinien był być mężny i wytrwały w swoim martyrologicznym zadęciu, Herbert napisał jeden ze swoich najodważniejszych, najbardziej prowokacyjnych wierszy, "Pożegnanie września". Jak to szło? "Dnie były amarantowe/ błyszczące jak lanca ułańska/ śpiewano w megafonach/ anachroniczną piosenkę/ o Polakach i bagnetach/ tenor ciął szpicrutą/ i po każdej zwrotce/ ogłaszano listę żywych torped/ które notabene/ przez sześć lat wojny/ szmuglowały słoninę/ żałosne niewypały...".

Bo rzecz nawet nie w tym, że od czasu do czasu historia dziesiątkowała tutaj jakieś pokolenie, ale że później, po klęsce, ci, którzy przeżyli, musieli po prostu żyć dalej. A że żadna teoria pięknego życia tutaj przez 200 lat nie powstała, że nie było tu żadnej estetyki życia, żadnego seksapilu, poza seksapilem śmierci, zatem ci, co ocaleli, musieli żyć jak żałosne niewypały. Z heroiczną narracją na ustach i strategią przystosowania pod marynarką. Świadomych samobójców, gnostyków, było raczej mało – chociaż się zdarzali i oddajmy należną im cześć. Ludzie zdecydowani przeżyć całe swoje życie poza systemem, na marginesie. Na dnie. Janusz Szpotański i paru podobnych. Szyderczy i heroiczni zarazem, a jednocześnie ciągle na skraju załamania nerwowego. Reszta jednak opowiadała swoim dzieciom słodkie gadki o własnym bohaterstwie lub nieprzejednaniu, a jednocześnie, żeby te dzieci jakoś wyposażyć, ustawić, posłać w świat – robiła karierę. Jeśli nie w partii to w SD albo ZSL. Najdzielniejsi w PAX-ie albo w KIK-u. A my byliśmy ich dziećmi. I oficjalna estetyka śmierci w połączeniu z nieoficjalną codzienną estetyką drobnego geszeftu psuła nam gust, a Polsce odbierała w naszych oczach wszelką atrakcyjność. Czasem prowokowała do buntu. Nie tylko przeciwko temu czy innemu systemowi, ale także przeciwko własnym rodzicom.

Sam wysłuchałem kiedyś "Pierwszej brygady" odśpiewanej przez chór kompletnie pijanych działaczy partyjnej egzekutywy małego polskiego uniwersytetu. Żałosne niewypały – pomyślałem, nie znając jeszcze wówczas wiersza Zbigniewa Herberta. Bo to były lata 70., apogeum Gierka, ja byłem dopiero dzieckiem, a w ręku trzymałem udko od kurczaka z rożna.

Oto czym byliśmy, jak żyliśmy przez większą część ostatnich 200 lat. Oto jak wyglądał nasz polski seksapil, za którym wcale nie tęsknię, w którego atrakcyjność nie wierzę. Do którego odraza także mnie wyrzuciła kiedyś na kilkuletnią emigrację. Dlatego teraz, kiedy np. słucham twierdzeń Jarosława Marka Rymkiewicza, że przez całe ostatnie 200 lat pozostawaliśmy wielkim imperium, ekspansywnym, tyle że niewidzialnym, istniejącym w kulturze – to chce mi się śmiać. I śmieję się głośno, śmiechem pożyczonym od Brzozowskiego. I uznaję raczej argumenty Ewy Thompson, która zalicza Polaków do klasycznych narodów postkolonialnych. Złamanych w najgłębszym, właśnie estetycznym wymiarze, tam, gdzie rozstrzyga się kwestia smaku, a także to, czy jesteśmy sexy, czy mamy ochotę się kochać, wstawać rano z łóżka, patrzeć na siebie w lustrze i na pejzaż za oknem, czy też w ogóle nie. Rozdartych między dumnym, imperialnym fantazjowaniem na swój własny temat a niewolniczym wręcz przystosowaniem.

Odzyskaliśmy wolność polityczną i wolność społeczną, ale z postkolonialnych kompleksów będziemy musieli dopiero wyjść, jeśli w ogóle zdołamy. Będziemy musieli znaleźć jakiś nowy, zdrowszy seksapil. Już nie ten niewolników przykutych do ładowni statku, co kręci tylko Spielberga i wyłącznie u Afroamerykanów, ale seksapil ludzi wolnych, realizujących się w codziennym życiu, ostrożnie dawkujących swoje bohaterstwo i rezerwujących je na sytuacje naprawdę nadzwyczajne. Seksapil narodu, co w miejsce odwagi militarnej rozwija w sobie odwagę cywilną, nad której zanikiem u Polaków Gustaw Herling-Grudziński ubolewał także po roku 1989.

Jak wyjść z postkolonializmu

Oczywiście krytyka polskiej tradycji, jej mrocznej martyrologicznej strony i jeszcze mroczniejszej strony hipokryzji, nawet najokrutniejsza, powinna być wobec tej wspólnoty lojalna. Oczywiście, że w utyskiwaniach Wojciecha Kuczoka nie widzę ani wielkości, ani mądrości Stanisława Brzozowskiego, Kisiela, Józefa Mackiewicza, Giedroycia – ludzi, którzy zęby zjedli i nerwy stracili na próbach wyciągnięcia Polaków z estetycznej i intelektualnej katastrofy, która nas dotknęła. Oczywiście, że serce mi krwawi, kiedy widzę, z jaką lekkością ludzie obdarzeni zaufaniem czytelników i licznymi literackimi nagrodami walą na odlew pięścią w twarz polskiego motłochu. A przysyłający do nas dziesiątki listów i maili nauczyciele z prowincji z pensją 1000 złotych miesięcznie, studenci, drobni przedsiębiorcy, próbują bronić przed nimi swojej ojczyzny średniej wielkości i średniej urody. Starają się udowodnić laureatom nagrody NIKE, Kuczokowi i Stasiukowi, że Polska jednak zaczyna być troszeczkę sexy, i że może warto tutaj żyć. Oczywiście, że taki spór drobnej inteligencji zaściankowej z jej przedstawicielami o znanych nazwiskach jest największym osiągnięciem prowadzonej przez DZIENNIK debaty.


Ale krytyczny opis Polski jest nam potrzebny, choćby jako szczepionka. Także ten Kuczoka, Stasiuka czy Chwina. Chociaż najważniejsze teksty w tej dyskusji napisały, jak do tej pory, Agata Bielik-Robson i Manuela Gretkowska. Kobiety, które w latach 80. z nawiązką odbębniły swój obowiązek wobec martyrologicznego seksapilu polskich mężczyzn, brały udział we wszystkich rytuałach prawdziwego i udawanego heroizmu. A teraz mają dosyć, twierdzą, że potrzebna jest zmiana estetyki, bo zmieniła się nasza sytuacja.

I mają rację, bo przecież znowu żyjemy naprawdę, a Polska nie jest już tajną, podziemną organizacją. Jest przez jakąś chwilę, nie wiadomo jak długą, wolnym społeczeństwem, suwerennym państwem średniej wielkości próbującym odnaleźć swoją nutę w koncercie narodów. Więc może nie fałszujmy już dłużej w tym koncercie, nie wpadajmy w żałobny bas ani w piskliwy falset. Nie bądźmy upokorzonymi niewolnikami cieszącym się z tego, że Putin utarł nosa Kaczyńskiemu, bo przecież taki kraik jak Polska nie powinien podskakiwać wielkim tego świata. Ani nie zgrywajmy – jak czasem czynią to Kaczyńscy – jakiegoś niedocenianego globalnego mocarstwa albo globalnego Chrystusa narodów. Znajdźmy właściwy ton. Także w opowieści o współczesnej Polsce, o naszym życiu codziennym.

A jako że estetyka poprzedza czasem politykę, przyznam szczerze, że nawet mój zachwyt dla PO – PiS-u wynikał z nadziei, że wreszcie taki ton znajdziemy. Że hasło "Nicea albo śmierć" nie było wezwaniem do rzucania się z szablami na czołgi, ale zachętą do bardziej suwerennej polskiej polityki. Chciałem PO-PiS-u bo wierzyłem, że jak najbardziej słuszne, heroiczne i wielkie hasła Prawa i Sprawiedliwości – te mówiące o sprawiedliwości, suwerenności i sile polskiego państwa – da się realizować liberalnymi, bardziej organicznymi metodami Platformy Obywatelskiej. Że wymarzona przez Rokitę synteza Sarmatów i modernizatorów jest w tym kraju w ogóle możliwa. Że w nowoczesnej i akceptowanej dzisiaj przez większość Polaków formule "silnego państwa minimum" Kaczyński, Ziobro i Dorn będą czuwać nad tym, aby to państwo znów stało się silne, a Tusk i Rokita potrafią zagwarantować, aby pozostało "państwem minimum" – nie próbowało kontrolować sfer, których w XXI wieku kontrolować już się po prostu nie da, które trzeba pozostawić samoregulacji, zadowolić się ich wspomaganiem, nawet jeśli w odpuszczonym przez własną partię obszarze zagnieżdżą się zaraz jacyś polityczni przeciwnicy.

To z przyczyn estetycznych wolę w PiS twarz Marcinkiewicza niż twarz Macierewicza – fajnego, mężnego człowieka, całkowicie jednak zniszczonego przez martyrologię, pozbawionego seksapilu innego niż seksapil śmierci, uważającego także dzisiaj Polskę za tajną, podziemną organizację. Którą trzeba zarządzać właściwymi podziemiu metodami stanu wyjątkowego.

Estetyka determinuje politykę i życie codzienne. Seksapil śmierci i seksapil życia ciągle się w Polsce nie pogodziły, nie rozgraniczyły sfer posiadania. Nie uwewnętrzniliśmy ewangelicznej rady "pozwólcie umarłym grzebać swoich zmarłych". Żywi i martwi (choć niepochowani) ciągle istnieją w Polsce obok siebie. Rozwalają koalicje rządowe, kłócą się w parlamencie. Z pewnego punktu widzenia nawet mnie to fascynuje, bo przecież ja także jestem skażony, ukąszony przez zombi. Za wcześnie przeczytałem "Różę" Żeromskiego i "Krótkie spięcie" Karpińskiego. Jednak nie dziwię się wcale ani nie oburzam, że tak wielu młodych ludzi ma dość życia pośród grobów, gdzie estetyka śmierci dominuje nad estetyką życia. Gdzie nie sposób ułożyć fascynującej i niebędącej kłamstwem opowieści o życiu codziennym. Nie tylko w literaturze. Także w polityce.