Podważacie swoją wiarygodność
Zablokowanie przez Polskę nowego porozumienia pomiędzy Unią Europejską i Rosją spotyka się być może z poparciem Polaków, ale w stolicach europejskich uważane jest za kolejny przykład na
to, że Warszawa staje się partnerem nieprzewidywalnym i niewygodnym.
Prezydent Lech Kaczyński powiedział ostatnio, że nie obawia się izolacji w Europie, co zademonstrował w sporze z Rosją. Stwierdził ponadto, że cieszy go fakt pozostawania w tym samym obozie,
co Wielka Brytania, inny trudny partner od początku przystąpienia do europejskiej wspólnoty w 1973 roku.
Jedynym problemem jest tutaj fakt, że w opinii wielu osób Wielka Brytania utraciła swoje wpływy w Europie właśnie z powodu uporczywej obrony swoich narodowych interesów i niechęci do
kompromisów. Premier Wielkiej Brytanii Tony Blair obiecywał bardziej konstruktywne podejście, ale w grudniu ubiegłego roku jego proeuropejski wizerunek bardzo ucierpiał na skutek nieustępliwego
stanowiska w sprawie brytyjskiego upustu w składce do unijnego budżetu.
Czy jednak Polska postępuje dobrze, sprzeciwiając się Rosji i nie godząc się na udzielenie Komisji Europejskiej mandatu na negocjacje nowego porozumienia z Moskwą w sprawach takich jak
energetyka, prawa człowieka, handel i emigracja?
Trzeba przede wszystkim podkreślić, że Polska jest sama - ma być może tylko pewne moralne poparcie ze strony Litwy. Pozostałe 23 kraje chcą, aby negocjacje te rozpoczęły się 24 listopada
br., podczas szczytu UE–Rosja w Helsinkach.
Polska argumentuje, że nie może się zgodzić na rozpoczęcie rozmów, jeżeli Rosja nie podpisze protokołu energetycznego otwierającego dostęp do sieci przesyłowych tego kraju dla innych
dostawców i przełamującego moskiewską kontrolę nad dostawami do Europy. Domaga się również zniesienia rosyjskiego embarga na żywność z Polski.
Problem polega na tym, że inni unijni przywódcy uczestniczący w niedawnym szczycie w Lahti odnieśli wrażenie, iż premier Jarosław Kaczyński był gotów do rozpoczęcia negocjacji z Rosją.
Dyplomaci twierdzą, że wydawał si akceptować lansowaną przez UE tezę, zgodnie z którą Moskwa nigdy nie podpisze tego protokołu i można co najwyżej mieć nadzieję, że zgodzi się
przestrzegać jego „zasad”. Oczywiście mogło tutaj zajść jakieś nieporozumienie.
Europejscy przywódcy obradujący w fińskiej stolicy nie otrzymali również żadnego sygnału świadczącego o tym, że Polska zamierza zablokować te negocjacje z powodu przeciągającego się
sporu w sprawie embarga na dostawy żywności, które zdaniem Rosji jest wynikiem rzeczywistych obaw związanych z bezpieczeństwem żywności, a nie politycznej gry. To, czy Moskwa ma jakiekolwiek
podstawy do utrzymywania tego zakazu może jedynie ustalić przebywający obecnie w Polsce zespół ekspertów Komisji Europejskiej.
Sprawa ta umocniła panującą w Brukseli opinię, że Polska jest partnerem zarówno trudnym, jak i niewiarygodnym. „Gdyby nie udało się nam uzgodnić nawet tego, czy rozpoczynać
rozmowy z Rosją, byłaby to katastrofa” przyznał jeden z ambasadorów akredytowanych w Brukseli. „Rosjanie będą się po prostu śmiać, że jesteśmy podzieleni i będą mieli
rację.”
Napięcie spotęgowało również i to, że Polska nie chciała nawet zaproponować jakiegokolwiek kompromisu w tej sprawie, co się zwykle praktykuje w Unii Europejskiej w celu rozwiązania
problemu.
Dla wielu urzędników z Brukseli równie irytujący jest fakt, że Polska nie ma tam obecnie nawet ambasadora lub stałego przedstawiciela, z którym można byłoby rozmawiać o sposobach
rozwiązania tego problemu. Cieszący się wielkim szacunkiem ambasador Marek Grela został odwołany w lipcu tego roku i praktycznie poinformowany, że nie może liczyć na jakiekolwiek wysokie
stanowisko w Ministerstwie Spraw Zagranicznych działającym według nowego modelu braci Kaczyńskich. Jego następca nie został dotąd mianowany, a Warszawa od prawie sześciu miesięcy nie ma w
Brukseli swojego przedstawiciela na najwyższym szczeblu.
Niektórzy brukselscy dyplomaci są również zdania, że torpeduje się ważną dla Europy sprawę tylko po to, aby partia Prawo i Sprawiedliwość mogła sobie trochę poatakować Rosję przed
zbliżającą się drugą turą wyborów samorządowych w Polsce.
W Brukseli dominuje opinia, że Polska ma w tej sprawie słabe szanse i że na dłuższą metę sama wyrządzi sobie krzywdę. Istnieje jednak również mniejszość (zwłaszcza w Londynie), zdaniem
której nadszedł już czas, aby ktoś usztywnił stanowisko wobec prezydenta Putina.
„Nie jest dla nas tak bardzo ważne, czy Unia Europejska rozpocznie negocjacje z Rosją, czy nie” stwierdził jeden z brytyjskich dyplomatów. „Dobrze byłoby jednak
przypomnieć ludziom, że Unia Europejska to nie tylko Francja, Niemcy i Wielka Brytania”.
George Parker , szef brukselskiego biura dziennika „Financial Times”
Polska testuje Unię
Decyzja polskiego rządu, by powiedzieć „sprawdzam” w stosunkach z Unią Europejską i Rosją jednocześnie, wydaje mi się jedynym sensownym rozwiązaniem
geopolitycznego dylematu Polski.
W ostatnich 3 latach Rosja wzmocniła się, dzięki zmianom w cenach nośników energii. Uczyniły one z Moskwy supermocarstwo energetyczne na najbliższych kilkanaście lat. Wraz z tym zmieniło
się postrzeganie pozycji Rosji przez rosyjskie elity, które nigdy zresztą nie rozstały się z poczuciem wyższości w stosunku do wszystkich partnerów na kontynencie europejskim. Szczególnie
zaś do krajów należących do dawnego imperium sowieckiego, a wcześniej rosyjskiego. Obecnie polityczne elity Moskwy wzniosły się na taki poziom arogancji, na jakim nie były od czasów
Breniewa. Niestety, znajduje na tym poziomie potwierdzenie swojej megalomanii u niektórych zachodnich partnerów. Część pierwszoplanowych graczy UE, szczególnie Niemcy oraz Francja,
zaangażowało się w ostatnich latach w niebezpieczną grę z Rosją. Gra ta polegała na tworzeniu sięgającej Moskwy osi współpracy przeciwko dominacji amerykańskiej, a obecnie na wyścigu do
energetycznych faworów Putina.
W tej sytuacji, Polska, ponad której głową (a ostatecznie może nawet jej kosztem) toczy się ta gra, musi w końcu sprawdzić: czy Unia Europejska tworzy jeszcze zobowiązującą swoich
członków wspólnotę wartości i interesów? Czy też ma być tylko narzędziem realizacji francusko-niemieckich interesów na terenie kontynentu, a na wyższym jeszcze poziomie –
narzędziem wielkiej gry geopolitycznej prowadzonej przez Rosję?
Partia „białej flagi” w Polsce i UE mówi, że należy podporządkować się żądaniom i życzeniom Rosji, ponieważ to ona ma argumenty, czyli surowce, bez których Europa
„nie pociągnie”. Ludzie wybiegający trochę dalej w przyszłość zdają sobie sprawę, że tego rodzaju polityka może prowadzić jedynie do zachęcania Rosji do dalszych
żądań. Jak darmowa butelka wódki postawiona przed alkoholikiem. Rosja nie zamierza wiązać się z Europą w sposób jednakowo korzystny dla obu stron. Rozgrywa swoją partię tak, by sama mogła
wrócić do roli superarbitra globalnej sceny, supermocarstwa, nie tylko energetycznego. Przykładem jest niedawna próba skłócenia Unii Europejskiej i USA przez zmianę decyzji Rosji o
dopuszczeniu do eksploatacji gigantycznych złóż gazu, tzw. złóż Sztokmana (przed rokiem Moskwa zaproponowała dostęp do tych złóż firmom amerykańskim i norweskim, a przed miesiącem
zmieniła decyzję, uśmiechając się do firm niemieckich). Rosja ogłosiła coś w rodzaju przetargu: „kto da więcej” za jej energetyczne względy. Nie ma innego sposobu, by
przerwać tę grę, jak nakłonić caą Unię do powrotu do elementarnych zasad: solidarności, wspólnej obrony interesów wszystkich krajów członkowskich UE i poszukiwania własnego
bezpieczeństwa energetycznego przez całą wspólnotę europejską.
Sprawa obrony interesów polskich rolników, w których uderzyły sankcje Rosji wprowadzone przed rokiem jest tak oczywista, że tylko wrogowie Polski mogą krytykować podjętą przez premiera
Kaczyńskiego akcję w tej sprawie. Przecież polski rząd musi bronić elementarnych interesów gospodarczych kraju i obywateli. A nie ma w stosunkach z Rosją żadnego innego narzędzia, jak
odwołanie się do siły swego weta w UE.
Tymczasem Unia Europejska, a raczej jej czołowi gracze – „mocarstwa” – lekceważą polskie interesy. Te państwa przyzwyczaiły się budować politykę Unii w
oparciu wyłącznie (!) o własne korzyści. To zaś jest sprzeczne z zasadą solidarności, która powinna obowiązywać w UE.
W tym przypadku lekceważenie interesów mniejszych krajów UE przez Berlin czy Paryż wiąże się ze swoistym kompleksem, jaki wspomniane stolice mają na tle Rosji. Kto
„zaczepia” Rosję (choćby broniąc najbardziej elementarnych racji), kto wskazuje na ewentualną sprzeczność interesów między polityką Moskwy i wspólnoty europejskiej jako
całości, ten jest traktowany wyłącznie jako „źródło kłopotów”, jak cierń w nodze, który należy znieczulić.
Byliśmy ofiarami takiego podejścia od przynajmniej 200 lat. Unia Europejska miała być konstrukcją, która nigdy nie dopuści do powtórzenia takiej sytuacji. I polski premier właśnie w tej
sprawie mówi: „sprawdzam”. Jarosław Kaczyński chce się dowiedzieć: czy UE jest narzędziem realizacji interesów najsilniejszych kosztem słabszych, czy może jest solidarną
konstrukcją stworzoną dla współpracy wszystkich krajów członkowskich, w której słabsi mają także swój głos. I także mogą przypominać tym głosem o zasadach, jakie wszystkich powinny
obowiązywać.
Andrzej Nowak, historyk i analityk stosunków polsko-rosyjskich