"Pierwsza po wyborach 2005 rozmowa z Kaczyńskim zakończyła się jego stwierdzeniem: <Wybijcie sobie z głowy podatek liniowy, wygrał projekt Polski solidarnej, a nie liberalnej>. Te wybory były dopiero początkiem konfliktu" - mówi DZIENNIKOWI Donald Tusk.
Anna Wojciechowska, Cezary Michalski: Przedstawiał pan wybory samorządowe w dużej mierze jako test na stosunek ludzi do obecnej władzy. Jak w takim razie
wypadł ten plebiscyt?
Donald Tusk: Mam wręcz obsesję na punkcie samorządów i autonomii życia gmin, powiatów, ich niezależności od wielkiej polityki. Za to zresztą nieraz jako polityk dostawałem po głowie, również od braci Kaczyńskich, których nieufność do zbyt dużej niezależności samorządw jest powszechnie znana. Dlatego muszę sprostować: nigdy nie traktowałem wyborów samorządowych jako testu politycznego czy sondażu partyjnego. Przeciwnie, cieszę się, że one pokazały, iż ludzie potrafią w jednym podejściu do urny, głosując na radnych, poprzeć jakąś partię polityczną, ale jednocześnie postawić na kandydata na wójta czy burmistrza, który z tą partią nie jest związany. Wysoka frekwencja oraz niezwykła różnorodność opinii w tych wyborach potwierdzają, że Polacy akceptują i cenią sobie ideę samorządności. I w tych wyborach – Bogu dzięki – nie da się wszystkiego dopilnować z centrali partyjnej. Nawet jeśli się przyjmie – jak to zrobiło PiS – ordynację tę samorządność gwałcącą. Jako substytut wyborów parlamentarnych można natomiast traktować wybory do sejmików wojewódzkich, bo tu startują praktycznie wyłącznie komitety reprezentujące wszystkie partie. I w tym kontekście mówiłem jedynie o drugim znaczeniu tych wyborów samorządowych. Patrząc na te wyniki, można próbować odczytać też, co przez ten rok rządów PiS – Samoobrona – LPR stało się w sercach i umysłach Polaków.
No i jaki obraz wyłania się według pana?
Te wybory pokazały przede wszystkim – w dużej mierze poprzez samą wysoką frekwencję – że Polacy potrafią odróżnić to, co jest polityczną tandetą, co jest wyłącznie politycznym teatrem, od tego, co jest istotą dobrej polityki. Tę umiejętność rozpoznania widać dobrze na przykładzie rewelacyjnych wyników, jakie osiągnęli niektórzy urzędujący prezydenci. Przekonaliśmy się, że nie musi być wcale tak, jak było do tej pory na szczeblu parlamentarnym, gdzie władza zawsze, już niejako z definicji, zużywała się do cna. Przeciwnie, okazało się, że dobre rządzenie jest nawet w stanie wzmocnić pozycję rządzących.
Prezydenci, o których pan mówi, to często ludzie związani z PO i PiS, którzy odmówili brania udziału w tej wojnie między wami. Patrząc na ich wyniki, nie pomyślał pan sobie przez chwilę: żal, że nie udało się połączyć sił szerzej? Że te 85 procent poparcia, jakie dostał Dutkiewicz we Wrocławiu czy Szczurek w Gdyni, można by przynajmniej przez kilka lat mieć w skali całego kraju i użyć do zreformowania państwa, do budowy IV RP?
Oczywiście, kiedy spojrzy się wycinkowo na dwa, trzy miasta, można postawić atrakcyjną i prostą tezę: ludzie chcą rządów PO – PiS. Ale kiedy przyjrzeć się bliżej tym wynikom, to widać, że w tych wyborach zadziałała bardziej logika lokalna niż partyjna. Partie polskiej prawicy, dziś jednak szczególnie PO, są popularne i akceptowane w dużych miastach. Tam też rozczarowanie rządami PiS – Samoobrona – LPR jest większe. Dla mnie jednak największą satysfakcją jest to, że ludzie w miastach, nawet jeśli ze stratą dla PO, potrafili tak wyraźnie odróżnić swoje oczekiwania wobec partii od oczekiwań wobec prezydentów.
Wróćmy do sejmików. W jakim stopniu Polacy chcą odsunąć obecną władzę?
Władza przegrała, opozycja wygrała. Widać też nie bardzo dużą, ale jednoznaczną, przewagę PO wobec PiS. Platforma otrzymała ok. 700 tys. więcej głosów niż w wyborach parlamentarnych. Jeśli prawdziwa jest teza, że PiS odebrało wyborców swoim partnerom koalicyjnych, to znaczy, że nastąpiło też inne istotne przesunięcie sympatii wyborców. Bardziej umiarkowany elektorat PiS przeniósł swoją sympatię na PO. I to traktuję jako osobisty sukces. Ludzie rozsądni, nastawieni centrowo wyraźnie zaczynają się odwracać od złej władzy. Lewica z kolei pokazała, że nadal żyje na mizerniutkim poziomie sprzed czterech lat. Wielki sukces odniosło PSL, z czego się bardzo cieszę. Kiedy podejmowałem decyzję o zblokowaniu PO z PSL, wielu komentatorów, ale też ludzi w samej Platformie krzywiło się, że to nienormalne. Po co łączyć siły z kimś tak słabym? – pytali. Okazało się, że współpraca między tą partią a PO może być skuteczna i korzystna dla obu stron. Nie jestem wielkim fanem PSL. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla polskiej wsi jeszcze długi, długi czas branżowy reprezentant interesów będzie bardziej wiarygodny niż jakakolwiek partia ogólnopolska. I cieszę się, że polski rolnik wybrał PSL, a nie Samoobronę. Bo PSL to nieporównywalnie bardziej obliczalny i wiarygodny partner.
A tak szczerze, nie spodziewał się pan, że ten sygnał rozczarowania ludzi rządami PiS będzie mocniejszy, biorąc pod uwagę, jak krytycznie PO je ocenia?
O, nie! Przeciwnie! Kamień z serca mi spadł, kiedy przeczytałem wyniki tych wyborów. Przegraną PO i swoją w poprzednich wyborach traktowałem jako wielką odpowiedzialność. Ostatnie dni przed wyborami budziły bowiem obawy. Sondaże, podobnie jak rok temu, pokazywały, że przewaga Platformy nad PiS maleje i wydawało się, że znów może się powtórzyć ten sam scenariusz: PO prowadzi w sondażach, a w wyborach ostatecznie przegrywa. Tym razem jednak ludzie zobaczyli, że PO może i umie wygrywać. I sądzę, że wielu ludzi na ten właśnie sygnał czekało.
Role się odwracają. Teraz przez PO może występować wobec PiS z nieco silniejszej pozycji. A Jarosław Kaczyński wychodzi i proponuje wam współpracę. Co pan na tę ofertę?
Są dwa powody, dla których Kaczyński pokazuje teraz łagodniejszą twarz. Sympatie wyborcze wyraźnie przechodzą z PiS na PO. Warto bowiem przypomnieć, że do tej pory do reguły należało, że partie po roku potwierdzały w wyborach samorządowych swoją dominację. Tak było w wypadku i AWS, i SLD. Po raz pierwszy jest inaczej. Nigdy Polacy nie oceniali tak krytycznie pierwszego roku rządów jak w przypadku koalicji PiS – Samooborna – LPR. Jaka będzie dalsza dynamika? Nie wiem, ale przewiduję, że to zużywanie się będzie trwałą tendencją, która doprowadzi do upadku tej koalicji i bardzo krytycznego jej rozliczenia. Niezależnie od tego, już potwierdza się teza, którą buduję w dużej mierze na znajomości charakteru Kaczyńskich: ci, którzy traktują politykę jako faktyczny albo czasem tylko symboliczny, ale nieustanny podbój kolejnych terytoriów do tej pory niezdobytych, kiedy dostają pierwszą kontrę, kiedy zaczynają przegrywać, natychmiast tracą rezon. Widziałem, że PiS bywa łagodnym i całkiem niezłym partnerem do współpracy we wszystkich tych sejmikach wojewódzkich, gdzie było wyraźnie słabsze od PO.
Ale jeśli przyjąć pana tezę, że PiS jest osłabione, to czy można wnioskować, że PO może teraz przyjąć – na jakichś przynajmniej obszarach, na jakichś precyzyjnych warunkach – propozycję Kaczyńskiego?
Nie. W samorządach PO wygrała i będzie szukała takich partnerów, z którymi współpraca umożliwi najlepsze zarządzanie środkami europejskimi. PO musi pokazać, że jest przewidywalnym i lojalnym partnerem, a więc zawsze pierwszeństwo będzie miało PSL. A PiS – podobnie jak inne ugrupowania – zostanie dla nas partnerem, jeśli będzie chciało rzeczywiście współpracować, a jeśli nie, zostanie na aucie. Przewiduję, że ze swoją wojenną retoryką PiS w większości województw zostanie właśnie na aucie. Będę też namawiał liderów struktur wojewódzkich, by wszędzie tam, gdzie to możliwe, marszałek był z PO. Nie można zapominać, że blokowanie Kaczyński wymyślił, bo bał się, że PiS przegra te wybory. Blokowanie z Samoobroną i LPR miało pozwolić PiS zachować władzę, nawet wtedy, kiedy PiS przegra z PO. I proszę być pewnym, że gdyby wynik PiS, Samoobrony i LPR gwarantował przejęcie władzy w sejmikach, Kaczyński nie pomyślałby o potrzebie współpracy z PO, tylko triumfalnie ogłosiłby, że koalicja rządząca Polską będzie też koalicją rządzącą w województwach. Ta oferta współpracy to tylko głos polityka, który przegrał i szuka honorowego wyjścia z sytuacji. Polityka, który za nic nie chce stracić władzy. Widać było wyraźnie, że kiedy Kaczyński składał tę ofertę, jeszcze nie zdążył dostosować nawet gestykulacji do słów. Skąd ten nagły zwrot akurat przed drugą turą wyborów? Otóż jest o co walczyć. W ponad 130 miastach, w 29 prezydenckich (???) do drugiej tury weszli kandydaci PO. Potwierdzenie przewagi PO nad PiS w drugiej turze to czarny sen Kaczyńskiego. Ale on wie też, że w miastach, pokazując swoją wojowniczość i przywiązanie do Leppera i Giertycha, przegrałby z kretesem. Wie, że kto prowadzi nieustanną wojnę z PO, ten nie może dziś wygrać w dużych miastach. I stąd ta deklaracja współpracy, która ma pomóc Marcinkiewiczowi, Kropiwnickiemu. To jest gra tak łatwa do odczytania, że nie sądzę, by wielu wyborców nabrało się na ten manewr.
Twierdzi pan, że Kaczyński proponuje współpracę interesownie, a tu tymczasem Rokita wspiera kandydata PiS w Krakowie. Mocno zabolało?
Rokita mówił mi, że jeżeli będzie ogólnopolskie ustalenie, że lewica bezwarunkowo popiera Hannę Gronkiewicz-Waltz w zamian za poparcie PO w Krakowie Majchrowskiego, to krakowscy posłowie się dostosują do niego. Ale taka decyzja nie zapadła w centrali, więc Rokita postąpił tak jak czuł. Moim zdaniem to nie była mądra decyzja, w sensie interesu Platformy. W drugiej turze nasi kandydaci w jednej trzeciej konkurują z kandydatami PiS, w jednej trzeciej z lewicowymi. W tej sytuacji należy zachować dużą wstrzemięźliwość w publicznym wskazywaniu na swoje sympatie. Szczególnie jeśli dotyczy to tak znanej postaci, na którą orientują się setki tysięcy ludzi.
Czyli dziś nie ma już pytania, kiedy Jan Rokita zostanie szefem klubu, tylko czy w ogóle zostanie?
Z pewnością szanse na to, że klub wybierze Rokitę, bardzo zmalały. Jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz przegrałaby wybory, ludzie PO będą mieli pretensje do Rokity. I nawet mnie trudno będzie go obronić.
Rozumiemy, że poseł Szczypiński, który zrzekł się swoich głosów z kolei na rzecz Majchrowskiego, też popełnił błąd?
Tak. Kraków to jest ciągle krajobraz po bitwie dla Platformy. I swoją drogą muszę poważnie przeanalizować, dlaczego tak wielkie europejskie miasto jest w praktyce dla PO tak trudnym polem. Jako szef partii jestem odpowiedzialny za maksymalizację wyniku PO i na pewno nie dopuszczę do tego, żeby ta partia przechylała się zanadto w jedną czy drugą stronę. Dziś emocje wyborcze organizują się wokół sporu PO – PiS. I dlatego tak ważne są miasta, gdzie nasi kandydaci konkurują z ludźmi PiS. Prowadzenie polityki w czasie kampanii musi być bardzo praktyczne. I dlatego zaskoczyło mnie, że niektórzy politycy PO nie wytrzymali i musieli zademonstrować swój, skądinąd uprawniony pogląd.
Wybory się kiedyś skończą. I jak pan widzi dziś miejsce PO na scenie politycznej? Czy uprawnione jest twierdzenie, że PO jest tak samo blisko i daleko tak do PiS, jak i do SLD?
Trudno tu mówić o odległości. Powiedziałbym, że tu chodzi nie o wolty, lecz o tony. Dziś kłopotem Polski nie jest na pewno Olejniczak, tylko rząd Kaczyńskiego. A zadaniem PO jest zmiana na rzecz lepszego rządzenia.
Czy Olejniczak jest mniejszym złem tylko dlatego, że nie jest przy władzy?
Nie jest problemem, bo jest słaby. Natomiast moja ogólna ocena lewicy w ciągu tego roku generalnie się nie zmieniła. Platforma powstała po to, żeby socjaliści w Polsce nie rządzili. Tyle że po doświadczeniu władzy PiS muszę brać pod uwagę, że nawet w przypadku wygranej partii prawicowej de facto dalej mogą rządzić socjaliści.
Czy zgadza się pan z twierdzeniem, że polska lewica jest dziś zupełnie inna, liberalna?
Z pewnością Olejniczak nie jest stalinowskim aparatczykiem, to widać choćby bo metryce. Ale w SLD wciąż mieszczą się też ludzie skompromitowani. Dlatego nawet jeśli jestem bardzo krytyczny wobec rządów Kaczyńskich, to nie zamierzam zamieniać socjalizmu Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera na ten miękki i zdemoralizowany w wersji SLD. Moje rozczarowanie wobec PiS jest większe, bo wobec niego miałem jakieś oczekiwania. Wobec SLD żadnych. Rozczarowanie milionów ludzi dziś, że nadzieja na przełom nie ziściła się, też jest adresowane do PiS, a nie do lewicy. SLD nie budzi dziś szczególnych emocji, ale to nie znaczy, że ludzie chcą głosować na SLD. To PO jest depozytariuszem nadziei, że może być lepiej. I jeśli dziś nawet czasem odżywa nadzieja na wspólne rządy PiS i PO, to nie po to, by PiS dalej rządziło, tylko po to, by PO mogła rządzić. I nie ukrywam, że to dla mnie wyzwanie podniecające.
Czyli nie żałuje pan tych haseł IV RP, szarpnięcia cugli sprzed roku? Wyrzucano potem PO, że w ten sposób grała wraz z PiS dorobkiem III RP.
Język, forma ekspresji zawsze jest dostosowana do sytuacji. Jedno jest pewne: przez ten rok nic nie zmieniło się w moim podejściu do III RP. To, że ci, którzy chcieli walczyć z patologiami III RP – ja też uważam je za ponure dziedzictwo komunizmu – dziś nadziejom na przezwyciężenie tych zaszłości szkodzą, odczuwam niemal jak fizyczny ból każdego dnia. A PiS te nadzieje niszczy swoim radykalizmem, który zastępuje kompetencje w realnym działaniu. W 1992 czy 1993 roku miałem nieodparte wrażenie, że idee oczyszczenia Polski z resztek komunizmu marnują Olszewski i Macierewicz. Im polityk bardziej radykalny, tym mniej kompetentny. Ta ponura synteza dziś znów się ujawnia. I myślę sobie, że jedyną szansą na wyeliminowanie pozostałości komunizmu jest odsunięcie od procesu tych zmian ludzi, którzy swoją niekompetencją i przesadnym radykalizmem kompromitują samą ideę.
W proteście przeciw niedostrzeganiu błędów III RP kiedyś pan sam dokonał rewolty, podejmując decyzję o wyjściu z UW. Czy dziś pod wpływem konfliktu politycznego z PiS nie cofa się pan ku epoce UW, tak jak PiS zaczyna powtarzać błędy Olszewskiego?
Ja pamiętam takie swoje symboliczne spotkanie jako wicemarszałka Senatu z ówczesnym szefem klubu parlamentarnego UW Jerzym Wierchowiczem. Na wieść, że składam projekt o bezpośrednim wyborze wójta, burmistrza i prezydenta, on zapowiedział, że zostanę usunięty z klubu. Bo – jak stwierdził – to jest projekt antydemokratyczny. Kiedy kandydowałem razem z Bronisławem Geremkiem na szefa Unii, na moje środowisko ukuto określenie „liberalni faszyści”. Już wtedy nie ukrywałem swoich poglądów o potrzebie zaostrzenia kodeksu karnego, radykalnej, liberalnej reformy gospodarki. I głosiłem teorię o klasie próżniaczej, co starszych działaczy UW doprowadzało do furii. To wszystko składa się na praprzyczyny tej rewolty. Do tego sygnalizowano już odejście z UW Balcerowicza, który gwarantował dla mnie, że o coś jeszcze nam będzie chodziło. W tym świetle powstanie Platformy Obywatelskiej można uznać za ten moment, w którym tak naprawdę politycznie zaczął materializować się sen o IV RP.
Ale czy to nie konieczność ścigania się z PiS wymusiła na was radykalizm języka i haseł?
To my mówiliśmy o potrzebie zmian konstytucyjnych umożliwiających ograniczenie zbyt rozbudowanego państwa, a także jednocześnie o konieczności zwiększenia rygoryzmu. Dziś lepiej rozumiem, jak wielkie znaczenie ma w tych kwestiach – tylko z pozoru – niuans. Wydawało mi się, że przez silne państwo każdy powinien automatycznie myśleć o ograniczeniu państwa w jego uprawnieniach. PiS pokazało, że to nie jest jednak myślenie większościowe. O ile na poziomie diagnozy w bardzo wielu miejscach autentycznie spotykaliśmy się z ludźmi z PiS, o tyle na poziomie recepty obie strony unikały intelektualnej konfrontacji. Jak tylko przymierzaliśmy się do niej, okazywało się, że różnice są dość istotne. I ja też żyłem w przekonaniu, że rozstrzygające dla tego sporu będzie to, kto wygra wybory. Wygrało je PiS. Pierwsza po nich moja rozmowa z Kaczyńskim zakończyła się jego stwierdzeniem: „Wybijcie sobie z głowy podatek liniowy, wygrał projekt Polski solidarnej, a nie liberalnej”. I okazało się, że te wybory były dopiero początkiem konfliktu.
Polskie społeczeństwo jest dzisiaj w swojej większości liberalno-konserwatywne. Większość zaakceptowała hasło silnego państwa minimum. Tyle że składnik „silne państwo” kojarzy się z PiS – choćby dzięki Ziobrze czy Dornowi, a „minimum” – czyli liberalne ograniczenie tego państwa – z panem czy Rokitą. Jak sprawić, żeby siła państwa i wolność obywateli znów się dopełniały, a nie zwalczały i niszczyły wzajemnie? Nawet jeśli PiS i PO pozostaną dla siebie najbardziej bezwzględną konkurencją polityczną?
W PO nie mieliśmy wątpliwości, że aby to dopełnianie między PO i PiS ziściło się, każdy z nas oddzielnie musi przejść drogę dojrzewania. Ja, Rokita czy Lewandowski przeszliśmy drogę, która najpierw pozwoliła nam się razem spotkać z centrum i umiarkowaną prawicą w PO, a potem umożliwiła budowanie projektu wspólnego rządu z PiS. Tak się złożyło, że dojrzewanie młodzieńczego liberała Tuska zbiegło się ewolucją myśli liberalnej w ogóle. Dokonałem konserwatywnej korekty swojego liberalizmu. Zrozumiałem lepiej znaczenie sprawności instytucji i tradycyjnych wartości w zakorzenianiu wolnościowych zachowań. Wcześniej nie byłem do końca świadomy tego, jak groźne mogą być ostatki tych złych instytucji komunistycznych przy słabym państwie i chaotycznym procesie liberalizacji nie tylko przecież gospodarki. I jeśli dziś myślimy o syntezie, której finałem miałoby być dobre współrządzenie PiS i PO, to musielibyśmy odnaleźć z kolei w PiS nurt liberalny akceptujący wolny rynek i jego reguły. Problem polega na tym, że go nie widać.
Marcinkiewicz go nie reprezentuje?
Ja, w odróżnieniu od wielu komentatorów, nie padłem ofiarą złudzenia co do jego osoby. Marcinkiewicz nie reprezentuje ani istotnej siły w PiS, ani żadnego odrębnego nurtu. Jego wielka osobista popularność w najmniejszym stopniu nie jest substytutem jego siły czy podmiotowości. Widzę gotowość u wielu ludzi w PiS do liberalnej korekty swoich przekonań, ale ponieważ tam prymat przywództwa politycznego jest też prymatem intelektualnym i ideowym, na gotowości się kończy. Dopóki pozycja Kaczyńskich będzie w PiS tak dominująca, dopóty korekta liberalna w tej partii, a co za tym idzie i współrządzenie z PO, nie będzie możliwe.
A przeciągnięcie przez Kaczyńskiego Zyty Gilowskiej do rządu nie było sygnałem otwierania się PiS?
Ta teza mogłaby być jedynym usprawiedliwieniem postawy samej Gilowskiej. Ale znam kulisy jej przejścia na stronę PiS i wiem, że w nim nie chodziło o szacunek liderów tej partii do poglądów, które głosiła Gilowska. Przeciwnie, tak o niej, jak i zresztą o profesorze Relidze padały tam mało pochlebne określenia. Zyta Gilowska została kupiona przez PiS jako propagandowa dekoracja, która miała ugodzić PO. Co gorsza, mimo sympatii, jaką darzyłem tę osobę, dziś po roku jej działania i niedziałania w rządzie niewiele dobrego mogę o niej powiedzieć. Teoretycznie, mając w rządzie Gilowską, a w Sejmie jako największą opozycyjną partię PO, która nawet jeśli chciałaby dokuczyć PiS, to w sprawach obniżania podatków nie może, PiS ma najbardziej komfortową sytuację, by zmieniać polski ustrój gospodarczy. Ale wciąż w tym kierunku nie robi nic.
A wy chcielibyście mieć w swoim rządzie takich ludzi jak Ziobro czy Sikorski?
Chciałbym, żeby w przyszłym rządzie znaleźli się ludzie podchodzący z taką determinacją i ostrością spojrzenia do zwalczania przestępczości jak Ziobro. Ale nie sam Ziobro, bo on ma jednocześnie niestety skłonność do partyjnego wykorzystywania wymiaru sprawiedliwości. Nie mam też pełnego przekonania do Sikorskiego. MON w warunkach NATO-owskich i przy sojuszniczym usytuowaniu Polski wobec USA w sytuacji parawojennej wymaga pełnej niezależności myślenia i niezależności politycznej. Chciałbym mieć więcej pewności, że szef MON jest w pełni suwerenny i niezależny, a mam wrażenie, że Sikorski ma zbyt atlantycki punkt widzenia. Ja też jestem oddany idei sojuszu z USA, ale nie można zapominać, że Polska leży jednak nad Bałtykiem.
A jak przełamać oś podziału na Polskę liberalną i solidarną, tak by PO nie była utożsamiana tylko z tymi, którym się powiodło, a PiS z przegranymi polskiej transformacji?
Mamy do czynienia ze skuteczną propagandą ze strony PiS w tej sferze. Namawiałbym jednak do odróżniania głoszonych haseł od skuteczności ich realizacji. Pytanie brzmi: czy rzeczywiście PiS pod hasłem Polski solidarnej czyni nasz kraj bardziej solidarnym. Coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że tak nie jest. Dziś już prawie wszyscy rozumieją, że konflikt między solidarnością i wolnością jest fałszywy i zły. I to nie tylko na poziomie refleksji filozoficznej. Pokazuje to exodus młodych ludzi. Polska zagłosowała na solidarne państwo, ale zaraz potem biletami lotniczymi, konkretnymi życiowymi decyzjami wybrała Polskę liberalną. Ten oczywisty przyczynowo-skutkowy związek między kierunkiem migracji a podatkami zaczyna być rozumiany przez wszystkich. Nie dotarł jedynie do kilku głów, w tym Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Kaczyńskiego.
Podział na Polskę solidarną i liberalną spowodował jednak, że między aktywnymi ludźmi, którzy potrafią korzystać z wolności a tymi, którzy mają z tym problemy, pojawił się strach, pogarda, język grupowego egoizmu. Jak wyjść z tego klinczu?
Problem w tym, że przez podział Polski na liberalną i solidarną obie grupy się okopały. Ci, którzy mają problemy z korzystaniem z wolności zamiast nadziei i instrumentów do tego, by wyrwać się z przestrzeni beznadziei i dołączyć do tych z aspiracjami modernizacyjnymi, dostali od PiS zastrzyk dumy ze swojego położenia. PiS wmawia im: jesteście nieszczęśliwi, smutni, biedni, źli, ale macie już swoje media i władze i będzie dobrze, jak wciąż będziecie tkwili w tym samym miejscu. W pewnym sensie niektóre cyniczne ataki Kurskiego są mniej groźne niż użycie formuły Polska solidarna i liberalna. Ona bowiem była podobnie jak obelgi Kurskiego formułą propagandową, tyle że za nią kryła się autentyczna wiara, że tak jest. Kiedy Kurski wyskoczył z dziadkiem Wehrmachtu, widać było lekkie zażenowanie u Kaczyńskiego. Ale kiedy sam Kaczyński ogłaszał podział na Polskę solidarną i liberalną, widać było u niego pasję i autentyczne przekonanie. Taki podział wyklucza zastosowanie instrumentów liberalnych, a tylko one dają szansę na prawdziwą solidarność. Szkoda. To znaczy, że ten projekt będzie musiał być inaczej budowany.
Jak?
Ja muszę robić teraz wszystko, żeby PO mogła rządzić sama. Że ten przesadny podział Polski może skutkować właśnie taką możliwością, uświadomił sobie Lech Kaczyński. Dlatego tak bardzo wstydził się swojej spontanicznej groźby wobec mnie, że będzie wetował wszystkie inicjatywy rządu PO. Sami Kaczyńscy zaś mają nadmierną emocjonalną skłonność do radykalnej zmiany nastawienia do ludzi. To jest powodem zarówno do niepokoju, jak i optymizmu. Rokita jest dla Kaczyńskiego zbrodniarzem, ale wystarczy przygoda krakowska, by po zaledwie dwóch tygodniach zachwycił się Rokitą. To pokazuje, że może wygrana PO i związana z tym zmiana układu sił skłoni liderów PiS do zmiany nastawienia do wszystkich ludzi Platformy. Z naszej strony potrzeba jest jak najwięcej siły i powściągliwości emocjonalnej. Chcę teraz mniej atakować. Wolę przymusić PiS do kooperacji łagodnymi metodami, niż zniszczyć poprzez wyeliminowanie ze sceny politycznej. Ta druga metoda jest charakterystyczna dla Kaczyńskiego.
Z kolei PO uwierzyło, że ujawnienie taśm Begerowej pozwoli natychmiast zniszczyć PiS.
Rzeczywiście, w kierownictwie PO i zresztą innych partii, było dość powszechne przekonanie, że to jest ten moment, w którym można dokonać fundamentalnego, konstytucyjnego przewrotu politycznego. Ja byłem w poglądzie na te taśmy osamotniony. Miałem świadomość, że te kasety mają niesamowite znaczenie wrażeniowe, ale od samego początku wiedziałem, że ich ujawnienie nie jest w stanie zmienić konfiguracji politycznej. Na szczęście odrębność zdania przewodniczącego partii nie oznacza braku jego skuteczności. Donald Tusk, przewodniczący Platformy Obywatelskiej, wicemarszałek Senatu IV kadencji, wicemarszałek Sejmu IV kadencji, senator IV kadencji, poseł na Sejm I, IV, i V kadencji, kandydat na Prezydenta RP w 2005, z wykształcenia historyk
Donald Tusk: Mam wręcz obsesję na punkcie samorządów i autonomii życia gmin, powiatów, ich niezależności od wielkiej polityki. Za to zresztą nieraz jako polityk dostawałem po głowie, również od braci Kaczyńskich, których nieufność do zbyt dużej niezależności samorządw jest powszechnie znana. Dlatego muszę sprostować: nigdy nie traktowałem wyborów samorządowych jako testu politycznego czy sondażu partyjnego. Przeciwnie, cieszę się, że one pokazały, iż ludzie potrafią w jednym podejściu do urny, głosując na radnych, poprzeć jakąś partię polityczną, ale jednocześnie postawić na kandydata na wójta czy burmistrza, który z tą partią nie jest związany. Wysoka frekwencja oraz niezwykła różnorodność opinii w tych wyborach potwierdzają, że Polacy akceptują i cenią sobie ideę samorządności. I w tych wyborach – Bogu dzięki – nie da się wszystkiego dopilnować z centrali partyjnej. Nawet jeśli się przyjmie – jak to zrobiło PiS – ordynację tę samorządność gwałcącą. Jako substytut wyborów parlamentarnych można natomiast traktować wybory do sejmików wojewódzkich, bo tu startują praktycznie wyłącznie komitety reprezentujące wszystkie partie. I w tym kontekście mówiłem jedynie o drugim znaczeniu tych wyborów samorządowych. Patrząc na te wyniki, można próbować odczytać też, co przez ten rok rządów PiS – Samoobrona – LPR stało się w sercach i umysłach Polaków.
No i jaki obraz wyłania się według pana?
Te wybory pokazały przede wszystkim – w dużej mierze poprzez samą wysoką frekwencję – że Polacy potrafią odróżnić to, co jest polityczną tandetą, co jest wyłącznie politycznym teatrem, od tego, co jest istotą dobrej polityki. Tę umiejętność rozpoznania widać dobrze na przykładzie rewelacyjnych wyników, jakie osiągnęli niektórzy urzędujący prezydenci. Przekonaliśmy się, że nie musi być wcale tak, jak było do tej pory na szczeblu parlamentarnym, gdzie władza zawsze, już niejako z definicji, zużywała się do cna. Przeciwnie, okazało się, że dobre rządzenie jest nawet w stanie wzmocnić pozycję rządzących.
Prezydenci, o których pan mówi, to często ludzie związani z PO i PiS, którzy odmówili brania udziału w tej wojnie między wami. Patrząc na ich wyniki, nie pomyślał pan sobie przez chwilę: żal, że nie udało się połączyć sił szerzej? Że te 85 procent poparcia, jakie dostał Dutkiewicz we Wrocławiu czy Szczurek w Gdyni, można by przynajmniej przez kilka lat mieć w skali całego kraju i użyć do zreformowania państwa, do budowy IV RP?
Oczywiście, kiedy spojrzy się wycinkowo na dwa, trzy miasta, można postawić atrakcyjną i prostą tezę: ludzie chcą rządów PO – PiS. Ale kiedy przyjrzeć się bliżej tym wynikom, to widać, że w tych wyborach zadziałała bardziej logika lokalna niż partyjna. Partie polskiej prawicy, dziś jednak szczególnie PO, są popularne i akceptowane w dużych miastach. Tam też rozczarowanie rządami PiS – Samoobrona – LPR jest większe. Dla mnie jednak największą satysfakcją jest to, że ludzie w miastach, nawet jeśli ze stratą dla PO, potrafili tak wyraźnie odróżnić swoje oczekiwania wobec partii od oczekiwań wobec prezydentów.
Wróćmy do sejmików. W jakim stopniu Polacy chcą odsunąć obecną władzę?
Władza przegrała, opozycja wygrała. Widać też nie bardzo dużą, ale jednoznaczną, przewagę PO wobec PiS. Platforma otrzymała ok. 700 tys. więcej głosów niż w wyborach parlamentarnych. Jeśli prawdziwa jest teza, że PiS odebrało wyborców swoim partnerom koalicyjnych, to znaczy, że nastąpiło też inne istotne przesunięcie sympatii wyborców. Bardziej umiarkowany elektorat PiS przeniósł swoją sympatię na PO. I to traktuję jako osobisty sukces. Ludzie rozsądni, nastawieni centrowo wyraźnie zaczynają się odwracać od złej władzy. Lewica z kolei pokazała, że nadal żyje na mizerniutkim poziomie sprzed czterech lat. Wielki sukces odniosło PSL, z czego się bardzo cieszę. Kiedy podejmowałem decyzję o zblokowaniu PO z PSL, wielu komentatorów, ale też ludzi w samej Platformie krzywiło się, że to nienormalne. Po co łączyć siły z kimś tak słabym? – pytali. Okazało się, że współpraca między tą partią a PO może być skuteczna i korzystna dla obu stron. Nie jestem wielkim fanem PSL. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla polskiej wsi jeszcze długi, długi czas branżowy reprezentant interesów będzie bardziej wiarygodny niż jakakolwiek partia ogólnopolska. I cieszę się, że polski rolnik wybrał PSL, a nie Samoobronę. Bo PSL to nieporównywalnie bardziej obliczalny i wiarygodny partner.
A tak szczerze, nie spodziewał się pan, że ten sygnał rozczarowania ludzi rządami PiS będzie mocniejszy, biorąc pod uwagę, jak krytycznie PO je ocenia?
O, nie! Przeciwnie! Kamień z serca mi spadł, kiedy przeczytałem wyniki tych wyborów. Przegraną PO i swoją w poprzednich wyborach traktowałem jako wielką odpowiedzialność. Ostatnie dni przed wyborami budziły bowiem obawy. Sondaże, podobnie jak rok temu, pokazywały, że przewaga Platformy nad PiS maleje i wydawało się, że znów może się powtórzyć ten sam scenariusz: PO prowadzi w sondażach, a w wyborach ostatecznie przegrywa. Tym razem jednak ludzie zobaczyli, że PO może i umie wygrywać. I sądzę, że wielu ludzi na ten właśnie sygnał czekało.
Role się odwracają. Teraz przez PO może występować wobec PiS z nieco silniejszej pozycji. A Jarosław Kaczyński wychodzi i proponuje wam współpracę. Co pan na tę ofertę?
Są dwa powody, dla których Kaczyński pokazuje teraz łagodniejszą twarz. Sympatie wyborcze wyraźnie przechodzą z PiS na PO. Warto bowiem przypomnieć, że do tej pory do reguły należało, że partie po roku potwierdzały w wyborach samorządowych swoją dominację. Tak było w wypadku i AWS, i SLD. Po raz pierwszy jest inaczej. Nigdy Polacy nie oceniali tak krytycznie pierwszego roku rządów jak w przypadku koalicji PiS – Samooborna – LPR. Jaka będzie dalsza dynamika? Nie wiem, ale przewiduję, że to zużywanie się będzie trwałą tendencją, która doprowadzi do upadku tej koalicji i bardzo krytycznego jej rozliczenia. Niezależnie od tego, już potwierdza się teza, którą buduję w dużej mierze na znajomości charakteru Kaczyńskich: ci, którzy traktują politykę jako faktyczny albo czasem tylko symboliczny, ale nieustanny podbój kolejnych terytoriów do tej pory niezdobytych, kiedy dostają pierwszą kontrę, kiedy zaczynają przegrywać, natychmiast tracą rezon. Widziałem, że PiS bywa łagodnym i całkiem niezłym partnerem do współpracy we wszystkich tych sejmikach wojewódzkich, gdzie było wyraźnie słabsze od PO.
Ale jeśli przyjąć pana tezę, że PiS jest osłabione, to czy można wnioskować, że PO może teraz przyjąć – na jakichś przynajmniej obszarach, na jakichś precyzyjnych warunkach – propozycję Kaczyńskiego?
Nie. W samorządach PO wygrała i będzie szukała takich partnerów, z którymi współpraca umożliwi najlepsze zarządzanie środkami europejskimi. PO musi pokazać, że jest przewidywalnym i lojalnym partnerem, a więc zawsze pierwszeństwo będzie miało PSL. A PiS – podobnie jak inne ugrupowania – zostanie dla nas partnerem, jeśli będzie chciało rzeczywiście współpracować, a jeśli nie, zostanie na aucie. Przewiduję, że ze swoją wojenną retoryką PiS w większości województw zostanie właśnie na aucie. Będę też namawiał liderów struktur wojewódzkich, by wszędzie tam, gdzie to możliwe, marszałek był z PO. Nie można zapominać, że blokowanie Kaczyński wymyślił, bo bał się, że PiS przegra te wybory. Blokowanie z Samoobroną i LPR miało pozwolić PiS zachować władzę, nawet wtedy, kiedy PiS przegra z PO. I proszę być pewnym, że gdyby wynik PiS, Samoobrony i LPR gwarantował przejęcie władzy w sejmikach, Kaczyński nie pomyślałby o potrzebie współpracy z PO, tylko triumfalnie ogłosiłby, że koalicja rządząca Polską będzie też koalicją rządzącą w województwach. Ta oferta współpracy to tylko głos polityka, który przegrał i szuka honorowego wyjścia z sytuacji. Polityka, który za nic nie chce stracić władzy. Widać było wyraźnie, że kiedy Kaczyński składał tę ofertę, jeszcze nie zdążył dostosować nawet gestykulacji do słów. Skąd ten nagły zwrot akurat przed drugą turą wyborów? Otóż jest o co walczyć. W ponad 130 miastach, w 29 prezydenckich (???) do drugiej tury weszli kandydaci PO. Potwierdzenie przewagi PO nad PiS w drugiej turze to czarny sen Kaczyńskiego. Ale on wie też, że w miastach, pokazując swoją wojowniczość i przywiązanie do Leppera i Giertycha, przegrałby z kretesem. Wie, że kto prowadzi nieustanną wojnę z PO, ten nie może dziś wygrać w dużych miastach. I stąd ta deklaracja współpracy, która ma pomóc Marcinkiewiczowi, Kropiwnickiemu. To jest gra tak łatwa do odczytania, że nie sądzę, by wielu wyborców nabrało się na ten manewr.
Twierdzi pan, że Kaczyński proponuje współpracę interesownie, a tu tymczasem Rokita wspiera kandydata PiS w Krakowie. Mocno zabolało?
Rokita mówił mi, że jeżeli będzie ogólnopolskie ustalenie, że lewica bezwarunkowo popiera Hannę Gronkiewicz-Waltz w zamian za poparcie PO w Krakowie Majchrowskiego, to krakowscy posłowie się dostosują do niego. Ale taka decyzja nie zapadła w centrali, więc Rokita postąpił tak jak czuł. Moim zdaniem to nie była mądra decyzja, w sensie interesu Platformy. W drugiej turze nasi kandydaci w jednej trzeciej konkurują z kandydatami PiS, w jednej trzeciej z lewicowymi. W tej sytuacji należy zachować dużą wstrzemięźliwość w publicznym wskazywaniu na swoje sympatie. Szczególnie jeśli dotyczy to tak znanej postaci, na którą orientują się setki tysięcy ludzi.
Czyli dziś nie ma już pytania, kiedy Jan Rokita zostanie szefem klubu, tylko czy w ogóle zostanie?
Z pewnością szanse na to, że klub wybierze Rokitę, bardzo zmalały. Jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz przegrałaby wybory, ludzie PO będą mieli pretensje do Rokity. I nawet mnie trudno będzie go obronić.
Rozumiemy, że poseł Szczypiński, który zrzekł się swoich głosów z kolei na rzecz Majchrowskiego, też popełnił błąd?
Tak. Kraków to jest ciągle krajobraz po bitwie dla Platformy. I swoją drogą muszę poważnie przeanalizować, dlaczego tak wielkie europejskie miasto jest w praktyce dla PO tak trudnym polem. Jako szef partii jestem odpowiedzialny za maksymalizację wyniku PO i na pewno nie dopuszczę do tego, żeby ta partia przechylała się zanadto w jedną czy drugą stronę. Dziś emocje wyborcze organizują się wokół sporu PO – PiS. I dlatego tak ważne są miasta, gdzie nasi kandydaci konkurują z ludźmi PiS. Prowadzenie polityki w czasie kampanii musi być bardzo praktyczne. I dlatego zaskoczyło mnie, że niektórzy politycy PO nie wytrzymali i musieli zademonstrować swój, skądinąd uprawniony pogląd.
Wybory się kiedyś skończą. I jak pan widzi dziś miejsce PO na scenie politycznej? Czy uprawnione jest twierdzenie, że PO jest tak samo blisko i daleko tak do PiS, jak i do SLD?
Trudno tu mówić o odległości. Powiedziałbym, że tu chodzi nie o wolty, lecz o tony. Dziś kłopotem Polski nie jest na pewno Olejniczak, tylko rząd Kaczyńskiego. A zadaniem PO jest zmiana na rzecz lepszego rządzenia.
Czy Olejniczak jest mniejszym złem tylko dlatego, że nie jest przy władzy?
Nie jest problemem, bo jest słaby. Natomiast moja ogólna ocena lewicy w ciągu tego roku generalnie się nie zmieniła. Platforma powstała po to, żeby socjaliści w Polsce nie rządzili. Tyle że po doświadczeniu władzy PiS muszę brać pod uwagę, że nawet w przypadku wygranej partii prawicowej de facto dalej mogą rządzić socjaliści.
Czy zgadza się pan z twierdzeniem, że polska lewica jest dziś zupełnie inna, liberalna?
Z pewnością Olejniczak nie jest stalinowskim aparatczykiem, to widać choćby bo metryce. Ale w SLD wciąż mieszczą się też ludzie skompromitowani. Dlatego nawet jeśli jestem bardzo krytyczny wobec rządów Kaczyńskich, to nie zamierzam zamieniać socjalizmu Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera na ten miękki i zdemoralizowany w wersji SLD. Moje rozczarowanie wobec PiS jest większe, bo wobec niego miałem jakieś oczekiwania. Wobec SLD żadnych. Rozczarowanie milionów ludzi dziś, że nadzieja na przełom nie ziściła się, też jest adresowane do PiS, a nie do lewicy. SLD nie budzi dziś szczególnych emocji, ale to nie znaczy, że ludzie chcą głosować na SLD. To PO jest depozytariuszem nadziei, że może być lepiej. I jeśli dziś nawet czasem odżywa nadzieja na wspólne rządy PiS i PO, to nie po to, by PiS dalej rządziło, tylko po to, by PO mogła rządzić. I nie ukrywam, że to dla mnie wyzwanie podniecające.
Czyli nie żałuje pan tych haseł IV RP, szarpnięcia cugli sprzed roku? Wyrzucano potem PO, że w ten sposób grała wraz z PiS dorobkiem III RP.
Język, forma ekspresji zawsze jest dostosowana do sytuacji. Jedno jest pewne: przez ten rok nic nie zmieniło się w moim podejściu do III RP. To, że ci, którzy chcieli walczyć z patologiami III RP – ja też uważam je za ponure dziedzictwo komunizmu – dziś nadziejom na przezwyciężenie tych zaszłości szkodzą, odczuwam niemal jak fizyczny ból każdego dnia. A PiS te nadzieje niszczy swoim radykalizmem, który zastępuje kompetencje w realnym działaniu. W 1992 czy 1993 roku miałem nieodparte wrażenie, że idee oczyszczenia Polski z resztek komunizmu marnują Olszewski i Macierewicz. Im polityk bardziej radykalny, tym mniej kompetentny. Ta ponura synteza dziś znów się ujawnia. I myślę sobie, że jedyną szansą na wyeliminowanie pozostałości komunizmu jest odsunięcie od procesu tych zmian ludzi, którzy swoją niekompetencją i przesadnym radykalizmem kompromitują samą ideę.
W proteście przeciw niedostrzeganiu błędów III RP kiedyś pan sam dokonał rewolty, podejmując decyzję o wyjściu z UW. Czy dziś pod wpływem konfliktu politycznego z PiS nie cofa się pan ku epoce UW, tak jak PiS zaczyna powtarzać błędy Olszewskiego?
Ja pamiętam takie swoje symboliczne spotkanie jako wicemarszałka Senatu z ówczesnym szefem klubu parlamentarnego UW Jerzym Wierchowiczem. Na wieść, że składam projekt o bezpośrednim wyborze wójta, burmistrza i prezydenta, on zapowiedział, że zostanę usunięty z klubu. Bo – jak stwierdził – to jest projekt antydemokratyczny. Kiedy kandydowałem razem z Bronisławem Geremkiem na szefa Unii, na moje środowisko ukuto określenie „liberalni faszyści”. Już wtedy nie ukrywałem swoich poglądów o potrzebie zaostrzenia kodeksu karnego, radykalnej, liberalnej reformy gospodarki. I głosiłem teorię o klasie próżniaczej, co starszych działaczy UW doprowadzało do furii. To wszystko składa się na praprzyczyny tej rewolty. Do tego sygnalizowano już odejście z UW Balcerowicza, który gwarantował dla mnie, że o coś jeszcze nam będzie chodziło. W tym świetle powstanie Platformy Obywatelskiej można uznać za ten moment, w którym tak naprawdę politycznie zaczął materializować się sen o IV RP.
Ale czy to nie konieczność ścigania się z PiS wymusiła na was radykalizm języka i haseł?
To my mówiliśmy o potrzebie zmian konstytucyjnych umożliwiających ograniczenie zbyt rozbudowanego państwa, a także jednocześnie o konieczności zwiększenia rygoryzmu. Dziś lepiej rozumiem, jak wielkie znaczenie ma w tych kwestiach – tylko z pozoru – niuans. Wydawało mi się, że przez silne państwo każdy powinien automatycznie myśleć o ograniczeniu państwa w jego uprawnieniach. PiS pokazało, że to nie jest jednak myślenie większościowe. O ile na poziomie diagnozy w bardzo wielu miejscach autentycznie spotykaliśmy się z ludźmi z PiS, o tyle na poziomie recepty obie strony unikały intelektualnej konfrontacji. Jak tylko przymierzaliśmy się do niej, okazywało się, że różnice są dość istotne. I ja też żyłem w przekonaniu, że rozstrzygające dla tego sporu będzie to, kto wygra wybory. Wygrało je PiS. Pierwsza po nich moja rozmowa z Kaczyńskim zakończyła się jego stwierdzeniem: „Wybijcie sobie z głowy podatek liniowy, wygrał projekt Polski solidarnej, a nie liberalnej”. I okazało się, że te wybory były dopiero początkiem konfliktu.
Polskie społeczeństwo jest dzisiaj w swojej większości liberalno-konserwatywne. Większość zaakceptowała hasło silnego państwa minimum. Tyle że składnik „silne państwo” kojarzy się z PiS – choćby dzięki Ziobrze czy Dornowi, a „minimum” – czyli liberalne ograniczenie tego państwa – z panem czy Rokitą. Jak sprawić, żeby siła państwa i wolność obywateli znów się dopełniały, a nie zwalczały i niszczyły wzajemnie? Nawet jeśli PiS i PO pozostaną dla siebie najbardziej bezwzględną konkurencją polityczną?
W PO nie mieliśmy wątpliwości, że aby to dopełnianie między PO i PiS ziściło się, każdy z nas oddzielnie musi przejść drogę dojrzewania. Ja, Rokita czy Lewandowski przeszliśmy drogę, która najpierw pozwoliła nam się razem spotkać z centrum i umiarkowaną prawicą w PO, a potem umożliwiła budowanie projektu wspólnego rządu z PiS. Tak się złożyło, że dojrzewanie młodzieńczego liberała Tuska zbiegło się ewolucją myśli liberalnej w ogóle. Dokonałem konserwatywnej korekty swojego liberalizmu. Zrozumiałem lepiej znaczenie sprawności instytucji i tradycyjnych wartości w zakorzenianiu wolnościowych zachowań. Wcześniej nie byłem do końca świadomy tego, jak groźne mogą być ostatki tych złych instytucji komunistycznych przy słabym państwie i chaotycznym procesie liberalizacji nie tylko przecież gospodarki. I jeśli dziś myślimy o syntezie, której finałem miałoby być dobre współrządzenie PiS i PO, to musielibyśmy odnaleźć z kolei w PiS nurt liberalny akceptujący wolny rynek i jego reguły. Problem polega na tym, że go nie widać.
Marcinkiewicz go nie reprezentuje?
Ja, w odróżnieniu od wielu komentatorów, nie padłem ofiarą złudzenia co do jego osoby. Marcinkiewicz nie reprezentuje ani istotnej siły w PiS, ani żadnego odrębnego nurtu. Jego wielka osobista popularność w najmniejszym stopniu nie jest substytutem jego siły czy podmiotowości. Widzę gotowość u wielu ludzi w PiS do liberalnej korekty swoich przekonań, ale ponieważ tam prymat przywództwa politycznego jest też prymatem intelektualnym i ideowym, na gotowości się kończy. Dopóki pozycja Kaczyńskich będzie w PiS tak dominująca, dopóty korekta liberalna w tej partii, a co za tym idzie i współrządzenie z PO, nie będzie możliwe.
A przeciągnięcie przez Kaczyńskiego Zyty Gilowskiej do rządu nie było sygnałem otwierania się PiS?
Ta teza mogłaby być jedynym usprawiedliwieniem postawy samej Gilowskiej. Ale znam kulisy jej przejścia na stronę PiS i wiem, że w nim nie chodziło o szacunek liderów tej partii do poglądów, które głosiła Gilowska. Przeciwnie, tak o niej, jak i zresztą o profesorze Relidze padały tam mało pochlebne określenia. Zyta Gilowska została kupiona przez PiS jako propagandowa dekoracja, która miała ugodzić PO. Co gorsza, mimo sympatii, jaką darzyłem tę osobę, dziś po roku jej działania i niedziałania w rządzie niewiele dobrego mogę o niej powiedzieć. Teoretycznie, mając w rządzie Gilowską, a w Sejmie jako największą opozycyjną partię PO, która nawet jeśli chciałaby dokuczyć PiS, to w sprawach obniżania podatków nie może, PiS ma najbardziej komfortową sytuację, by zmieniać polski ustrój gospodarczy. Ale wciąż w tym kierunku nie robi nic.
A wy chcielibyście mieć w swoim rządzie takich ludzi jak Ziobro czy Sikorski?
Chciałbym, żeby w przyszłym rządzie znaleźli się ludzie podchodzący z taką determinacją i ostrością spojrzenia do zwalczania przestępczości jak Ziobro. Ale nie sam Ziobro, bo on ma jednocześnie niestety skłonność do partyjnego wykorzystywania wymiaru sprawiedliwości. Nie mam też pełnego przekonania do Sikorskiego. MON w warunkach NATO-owskich i przy sojuszniczym usytuowaniu Polski wobec USA w sytuacji parawojennej wymaga pełnej niezależności myślenia i niezależności politycznej. Chciałbym mieć więcej pewności, że szef MON jest w pełni suwerenny i niezależny, a mam wrażenie, że Sikorski ma zbyt atlantycki punkt widzenia. Ja też jestem oddany idei sojuszu z USA, ale nie można zapominać, że Polska leży jednak nad Bałtykiem.
A jak przełamać oś podziału na Polskę liberalną i solidarną, tak by PO nie była utożsamiana tylko z tymi, którym się powiodło, a PiS z przegranymi polskiej transformacji?
Mamy do czynienia ze skuteczną propagandą ze strony PiS w tej sferze. Namawiałbym jednak do odróżniania głoszonych haseł od skuteczności ich realizacji. Pytanie brzmi: czy rzeczywiście PiS pod hasłem Polski solidarnej czyni nasz kraj bardziej solidarnym. Coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że tak nie jest. Dziś już prawie wszyscy rozumieją, że konflikt między solidarnością i wolnością jest fałszywy i zły. I to nie tylko na poziomie refleksji filozoficznej. Pokazuje to exodus młodych ludzi. Polska zagłosowała na solidarne państwo, ale zaraz potem biletami lotniczymi, konkretnymi życiowymi decyzjami wybrała Polskę liberalną. Ten oczywisty przyczynowo-skutkowy związek między kierunkiem migracji a podatkami zaczyna być rozumiany przez wszystkich. Nie dotarł jedynie do kilku głów, w tym Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Kaczyńskiego.
Podział na Polskę solidarną i liberalną spowodował jednak, że między aktywnymi ludźmi, którzy potrafią korzystać z wolności a tymi, którzy mają z tym problemy, pojawił się strach, pogarda, język grupowego egoizmu. Jak wyjść z tego klinczu?
Problem w tym, że przez podział Polski na liberalną i solidarną obie grupy się okopały. Ci, którzy mają problemy z korzystaniem z wolności zamiast nadziei i instrumentów do tego, by wyrwać się z przestrzeni beznadziei i dołączyć do tych z aspiracjami modernizacyjnymi, dostali od PiS zastrzyk dumy ze swojego położenia. PiS wmawia im: jesteście nieszczęśliwi, smutni, biedni, źli, ale macie już swoje media i władze i będzie dobrze, jak wciąż będziecie tkwili w tym samym miejscu. W pewnym sensie niektóre cyniczne ataki Kurskiego są mniej groźne niż użycie formuły Polska solidarna i liberalna. Ona bowiem była podobnie jak obelgi Kurskiego formułą propagandową, tyle że za nią kryła się autentyczna wiara, że tak jest. Kiedy Kurski wyskoczył z dziadkiem Wehrmachtu, widać było lekkie zażenowanie u Kaczyńskiego. Ale kiedy sam Kaczyński ogłaszał podział na Polskę solidarną i liberalną, widać było u niego pasję i autentyczne przekonanie. Taki podział wyklucza zastosowanie instrumentów liberalnych, a tylko one dają szansę na prawdziwą solidarność. Szkoda. To znaczy, że ten projekt będzie musiał być inaczej budowany.
Jak?
Ja muszę robić teraz wszystko, żeby PO mogła rządzić sama. Że ten przesadny podział Polski może skutkować właśnie taką możliwością, uświadomił sobie Lech Kaczyński. Dlatego tak bardzo wstydził się swojej spontanicznej groźby wobec mnie, że będzie wetował wszystkie inicjatywy rządu PO. Sami Kaczyńscy zaś mają nadmierną emocjonalną skłonność do radykalnej zmiany nastawienia do ludzi. To jest powodem zarówno do niepokoju, jak i optymizmu. Rokita jest dla Kaczyńskiego zbrodniarzem, ale wystarczy przygoda krakowska, by po zaledwie dwóch tygodniach zachwycił się Rokitą. To pokazuje, że może wygrana PO i związana z tym zmiana układu sił skłoni liderów PiS do zmiany nastawienia do wszystkich ludzi Platformy. Z naszej strony potrzeba jest jak najwięcej siły i powściągliwości emocjonalnej. Chcę teraz mniej atakować. Wolę przymusić PiS do kooperacji łagodnymi metodami, niż zniszczyć poprzez wyeliminowanie ze sceny politycznej. Ta druga metoda jest charakterystyczna dla Kaczyńskiego.
Z kolei PO uwierzyło, że ujawnienie taśm Begerowej pozwoli natychmiast zniszczyć PiS.
Rzeczywiście, w kierownictwie PO i zresztą innych partii, było dość powszechne przekonanie, że to jest ten moment, w którym można dokonać fundamentalnego, konstytucyjnego przewrotu politycznego. Ja byłem w poglądzie na te taśmy osamotniony. Miałem świadomość, że te kasety mają niesamowite znaczenie wrażeniowe, ale od samego początku wiedziałem, że ich ujawnienie nie jest w stanie zmienić konfiguracji politycznej. Na szczęście odrębność zdania przewodniczącego partii nie oznacza braku jego skuteczności. Donald Tusk, przewodniczący Platformy Obywatelskiej, wicemarszałek Senatu IV kadencji, wicemarszałek Sejmu IV kadencji, senator IV kadencji, poseł na Sejm I, IV, i V kadencji, kandydat na Prezydenta RP w 2005, z wykształcenia historyk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|