Rok wyborczy właśnie się zakończył. Jego konsekwencje dla przyszłego kształtu polskiej polityki przedstawiają w DZIENNIKU czołowi komentatorzy i analitycy naszego życia politycznego.
Ireneusz Krzemiński
socjolog
Wyniki wyborów samorządowych w Polsce potwierdzają tezę, że: jednym z podstawowych zamysłów Jarosława Kaczyńskiego było wchłonięcie przez PiS znacznej części elektoratu prawicowego z pominięciem największych radykałów. Chodziło o zbudowanie wielkiej partii o charakterze narodowo-ludowo-katolickim. Wyniki wyborów samorządowych ze słabym wynikiem Samoobrony i bardzo słabym LPR mogą świadczyć o tym, że zamysł ten zostanie z powodzeniem zrealizowany. Pod szyldem Ligi pozostał już tylko najbardziej radykalny odłam, a Samoobrona od początku była zlepkiem ludzi bardzo różnych orientacji połączonych uczuciem niezadowolenia i negujących panujący porządek. Roman Giertych powinien być zadowolony – jako lider LPR nie mógłby nawet marzyć o tym, co już osiągną, pozostając w koalicji z PiS i pełniąc funkcję ministra edukacji. Obecny kszałt ideowy PiS i jawne nawiązanie do tradycji endeckiej oznacza obecność Giertycha w tej partii jako coś naturalnego i zgoła pożądanego. Jest tylko kwestią czasu, by Giertych stał się po prostu członkiem PiS.
Wybory lokalne pokazały też niemoc środowisk dawnej Unii Demokratycznej. Nic im nie pomógł mariaż z SLD. Demokraci.pl pozostaną na długo, jeśli nie na zawsze, w niebycie. Piszę o tym z przykrością, bo w dziwny sposób marnowany jest cenny potencjał dawnych wyborców i Unii Demokratycznej, i Unii Wolności. A jest to potencjał, jak wciąż wierzę, prawdziwie obywatelski, a przy tym szczególnie ważny dla społeczności lokalnych.
Platforma Obywatelska odtrąbiła swoje zwycięstwo w samorządach, ale na miejscu liderów PO nie byłbym wcale taki zadowolony. Zwycięstwo PO w sejmikach wojewódzkich i w dużych miastach nie dziwi, jednak PiS udało się zagarnąć prowincję. W dodatku elektorat PiS spojony jest wyrazistym światopoglądem i negatywnymi uczuciami wobec dotychczasowego ładu państwowego. Nadaje to siłę przywiązaniu do partii i jej liderów. Elektorat PO jest inny, znacznie bardziej zróżnicowany, otwarty na świat, aktywny i w dużym stopniu widzi w PO opozycję do zaściankowego PiS. Ale PO nie daje jasnego, ideowego komunikatu, a znaczna część partii sprawia wrażenie, że chciałaby się znaleźć w jakimś katolickim PiS, tylko może bez nacjonalistyczno-ludowej atmosfery.
Tymczasem jest w Polsce do zagospodarowania ogromna rzesza ludzi raczej młodych, myślących politycznie, pragnących Polski otwartej, wyznających patriotyzm innego odcienia niż endecki, nieupatrujących niebezpieczeństwa w zasadzie tolerancji. Znaczna ich część nie jest aktywna politycznie i macha ręką na wybory. Ich pozyskanie, ich przemiana w obywateli chętnych do aktywnego wzięcia spraw w swoje ręce jest możliwa, o ile znajdą swą reprezentację. PO nie potrafi zdefiniować tych potrzeb i nie znajduje dla nich odpowiedzi, wciąż w gruncie rzeczy oddając się wyłącznie konkurowaniu o chadecką część elektoratu PiS. Elektorat PO, gdy tylko znajdzie jakąś propozycję jasno wyrażającą jego wizję świata i wartości, wród których liberalno-demokratyczne credo zajmować będzie centralną pozycję – odpłynie od Platformy. A wydaje mi się, że w niedalekiej przyszłości takie alternatywne wobec obu dominujących ugrupowań środowisko musi powstać. Postkomuniści utracili wiarygodność i nie mają energii, by sprostać takiemu zadaniu. Myślę jednak, że zacznie się wyłaniać polityczne środowisko liberalne, lewicujące i centrowe, które wytworzy nowe ugrupowanie. Nie sądzę, żeby to była radykalna „nowa lewica”, lecz znacznie bardziej szerokie w poglądach ugrupowanie liberalno-demokratyczne. Chyba że wszyscy zainteresowani przeniosą się na Wyspy Brytyjskie, zostawiając Polskę endeckim zmorom…
Dorota Gawryluk
dziennikarka
Dla dwóch największych partii – PiS i PO – które rok temu zamiast koalicji zafundowały nam wojnę, wybory samorządowe stały się polem kolejnej bitwy, szansą na przegrupowanie sił, policzenie szeregów i poznanie strategii przeciwnika. Dały też możliwość zweryfikowania politycznych tez i kalkulacji. Mam wrażenie, że dla jednego z głównych graczy te wybory mogą stać się początkiem poważnych kłopotów.
Kiedy porównać PO i PiS przed samorządową bitwą z obrazem, który wyłania się po wyborach, chyba największe lanie dostała Platforma Obywatelska. I nie chodzi o proste przeliczenie łupów. Platforma wygrała przecież w największych miastach. Przegrała jednak te wybory w sensie psychologicznym. I to może być kluczowy moment dla kształtu sceny politycznej w Polsce.
Mówiąc o klęsce psychologicznej, mam na myśli głównie to, że nadzieje PO na szybkie odebranie władzy Kaczyńskim legły w gruzach. Koalicjanci PiS też dostali po łapach, więc trudno spodziewać się, by zależało im na zerwaniu koalicji i wcześniejszych wyborach.
Miał więc być nokaut PiS, a wyszedł kuksaniec. PO, która już przed wyborami wyczerpała wszystkie zapasy opozycyjnego arsenału i znalazła się pod ścianą, po wyborach nie poczuła się lepiej. Nie ma skrzydeł, nie ma wytyczonego kursu. Trudno zatem o udany lot. W dodatku pilot ma inną wizję niż pasażerowie samolotu. Tusk myśli głównie o prezydenturze, Rokita o własnej pozycji w partii, część PO chętnie poszłoby z wyrastającym na lidera zjednoczonej lewicy Markiem Borowskim, a część z Kaczyńskim. PO liczyło na rozłam w PiS, a doczekało się pęknięcia u siebie, które najmocniej wyraziło się poparciem Rokity dla Terleckiego, kandydata PiS na prezydenta Krakowa.
Jeśli chodzi o rządzących, wybory pokazały, że udało im się dopiąć swego w paru sprawach. Zmarginalizowali sojuszników – zyskali czas na rządzenie i czas na pozyskanie nowych zwolenników. Nie spodziewam się zatem rewolucji w obozie rządzącym. Najciekawsze rzeczy będą się działy zapewne na linii PO – lewica. Za dwa lata głównym konkurentem największej partii prawicowej w Polsce, czyli PiS, może być ugrupowanie, które nie nazywa się PO, albo też będzie to PO, ale już nie Donalda Tuska. Pytanie, co dalej z Janem Rokitą? Z ludzi należących dziś do PO może zlepić się całkiem nowa jakość polityczna, która będzie budować swoją przyszłość na osobowościach, które po wyborach są przezydentami największych polskich miast. Być może tam Jan Rokita znajdzie swoje nowe miejsce. Trudno sobie bowiem wyobrazić zarówno to, żeby został w PO po burzy, jaką rozpętał w Krakowie, i wypowiedziach Tuska mocno godzących w jego ego, jak i jego zmianę politycznych barw na pisowskie.
Janina Paradowska,
publicystka "Polityki"
Po wyborach samorządowych powinna przede wszystkim skończyć się dyskusja o terminie wyborów parlamentarnych. Żadne z ugrupowań nie ma powodu, by do nich zmierzać. Gdy wyniki wyborów do sejmików, a więc te najbardziej partyjne, przełożyć na podział mandatów w parlamencie okazuje się, że wprawdzie PO byłaby największą siłą w Sejmie (162 miejsca), ale nawet w sojuszu z PSL (64 miejsca) nie mogłaby sformować rządu bez posiłkowania się Lewicą i Demokratami (74 miejsca). PiS (142 miejsca) tym bardziej nie ma powodu, by do wyborów dążyć, gdyż władzę zdecydowanie traci, o czym zadecydował słaby wynik Samoobrony (15 miejsc) i nieobecność LPR. To ćwiczenie z hipotetycznego podziału mandatów może być dla polityków bardzo otrzeźwiające.
Wydaje się więc, że po wyborach samorządowych zapanuje stabilizacja, co nie znaczy, że polityka stanie się spokojniejsza. Przed największym wyzwaniem staje obecnie Jarosław Kaczyński, któremu rozpadł się plan budowy dużego prawicowego ugrupowania od narodowo-katolickiej prawicy po liberalne centrum. Wybory pokazały, że konserwatywno-liberalne centrum utracił. Kaczyński utracił bowiem – co jest być może najbardziej dotkliwe – znaczną część wyborcy inteligenckiego, lepiej wykształconego, młodego, a więc tego, który może być motorem modernizacji Polski. Bez zasadniczej zmiany polityki, a także politycznej retoryki powrót do centrum nie jest możliwy. Komisje śledcze, chaos, gra przeciekami i prokuraturą okazują się mało wydajne. Celem Kaczyńskiego powinno więc być uspokojenie polityki i pokazanie efektów rządzenia, których zdecydowanie brak. Sypią się bowiem najważniejsze programy, choćby bardzo społecznie nośne „tanie państwo”, a coraz bardziej widoczny jest jeden cel – partyjny podbój tegoż państwa przez kadry marnej jakości. Znacząca rekonstrukcja rządu, pozbawienie Romana Giertycha teki ministra edukacji, wzmocnienie resortów gospodarczych, w tym także finansów, gdyż nie wydaje się, by Zyta Gilowska po lustracyjnych przejściach miała jakąkolwiek reformatorską moc, mogłyby zmienić wizerunek rządu, a tym samym Prawa i Sprawiedliwości. Jaka jednak będzie odpowiedź koalicjantów, którzy spróbują odwojować utracone pozycje? Wydaje się, że mogą nią być postulaty coraz bardziej radykalne, zwłaszcza że zbliżają się tak ważne wydarzenia jak przedłużenie misji w Iraku czy wysłanie żołnierzy do Afganistanu. Zanosi się więc na stabilizację w nieustannej szarpaninie. Być może rząd mniejszościowy wspierany przez prezydenta byłby rozwiązaniem lepszym, tym bardziej że Kaczyński swe zasadnicze polityczne zamiary (CBA, WSI) już przeprowadził i większość sejmowa jest mu potrzebna w sposób umiarkowany. To jest rozwiązanie ryzykowne, ale premier pokazał, że jest politykiem, który ryzyka się nie boi.
Po opozycyjnej stronie należy się spodziewać zacieśnienia aliansu PO i PSL, o ile politykom Platformy starczy mądrości, by ten sojusz, będący najciekawszym efektem wyborów samorządowych, umacniać. Daje on PO szansę na zastąpienie PiS w przyszłości i stworzenie dużej, centrowo-konserwatywnej koalicji wyborczej. Nie wydaje się prawdopodobny rozpad PO w sytuacji, gdy obejmuje ona tak znaczną władzę w terenie. Nawet odejście Jana Rokity (mało zresztą prawdopodobne) nie miałoby większego znaczenia. Rolę konserwatywnego filara Platformy coraz bardziej przejmuje bowiem Bronisław Komorowski. Triumwirat Tusk-Komorowski-Pawlak wydaje się dla PO rozwiązaniem optymalnym, wyraźnie dystansującym PO od PiS. Lewica i Demokraci są dopiero na początku drogi, i to trudnej. Ich szansą był POPiS; gdy go nie ma, ich pole gry wyraźnie się zawęża. Mogą pozostać na poziomie, który osiągnęli w wyborach samorządowych, i być składnikiem koalicji z PO i PSL, co zapewne zdarzy się w wielu samorządach.
Jarosław Flis
politolog
PO i PiS wyszły z tych wyborów osłabione, ale nic nie wskazuje na to, by miały cokolwiek zmienić w swych strategiach, grożących im narastającą degrengoladą. Tymczasem twarde dane są nieubłagane. Niezależnie od tego, jak przedstawiają to media oraz sami zainteresowani, Polska nie jest ani odrobinę bardziej podzielona pomiędzy dwie główne partie, niż była przed rokiem. Jest nawet podzielona odrobinę mniej. Łączne poparcie PSL oraz Lewicy i Demokratów jest już większe od tegorocznego wyniku PO i zeszłorocznego wyniku PiS. Dwie postsolidarnościowe partie razem zyskują ledwo ponad połowę oddanych głosów. Arytmetyka przemawiałaby za jak najszybszym porozumieniem. Dotychczasowi sojusznicy PiS są zbyt słabi, by zapewnić całej koalicji zwycięstwo, i za ich poparcie trzeba płacić utratą umiarkowanego elektoratu. Współopozycjoniści PO najwyraźniej zyskują na obecnym podziale drugi oddech i nic nie wskazuje na to, by byli mniej chętni do upokarzania PO, niż chce to robić PiS. Samodzielne rządy Platformy są mirażem, w który wierzy już chyba tylko Donald Tusk. Jednak likwidacja przeszkód na drodze do odtworzenia POPiS-u jest dziś także trudna do wyobrażenia.
Jarosław Kaczyński zbyt wiele młynków wykręcił w ostatnim roku, by można było uznać jego deklaracje o chęci współpracy z PO jako przełom. Wszystkie dotychczasowe zwroty okazywały się tylko nabieraniem zamachu przed kolejnym uderzeniem. Po poprzednim pojednawczym apelu, zawartym w exposé, przyszła wojna o blokowanie list. Trudno się dziwić, że PO zjeża się na sam dźwięk propozycji współpracy. Zwłaszcza że moment zgłoszenia tej ostatniej jednoznacznie wskazuje, jakie taktyczne korzyści może z tego odnosić PiS. Premier zaczyna przypominać Karela Čapka, który ponoć tyle razy nabierał znajomych fałszywymi zawiadomieniami o swojej śmierci, że na prawdziwy pogrzeb nikt już nie przyszedł. Nie sposób zgadnąć, co takiego mógłby zrobić Kaczyński, by ktoś uwierzył, że tym razem chce porozumienia naprawdę.
PO nieustająco zachęcana do jednoznaczności i wyrazistości największy sukces w przekonywaniu o diaboliczności PiS odniosła wśród swoich najtwardszych zwolenników. Dziś przyznanie się w trakcie uczelnianych wykładów lub w środowisku przedsiębiorców do głosowania na PiS jest aktem cywilnej odwagi. Wojowniczy „pisofobi” to nie jest cały elektorat PO, ale to on nadaje ton publicznym przekazom i tworzy atmosferę w kluczowych środowiskach. To jednak zraża część umiarkowanych wyborców, niezwykle ogranicza pole manewru, a i tak nie daje przewagi nad konkurencją z LiD. Zmiana tej strategii wymagałaby jednak jakiegoś wstrząsu. Wybory samorządowego go nie przyniosły.
Tusk i Kaczyński będą zapewne liczyć na to, na co liczyli do tej pory. Pierwszy czekał będzie na kolejne potknięcia rządu i ciągle wierzył, że to jemu przypadnie premia za obalenie demonizowanego „kaczyzmu”. Drugi będzie pokładał nadzieję w tym, że gospodarcze sukcesy pozwolą uniknąć spalenia się rządzących, zaś spory opozycji pozwolą wyłuskać z niej wreszcie brakujący kawałek układanki – konserwatywne skrzydło PO, czy też cały PSL. W imię tych nadziei obaj będą podtrzymywać taktyczne sojusze, nie bacząc na to, że wątpliwi koalicjanci wciągają ich w coraz większe tarapaty. Wstrząs, który mógłby zmusić ich do zmiany strategii, jest dopiero przed nami.
Piotr Najsztub
publicysta "Przekroju"
Na ogół jest tak, że ton polityce lokalnej nadają prezydenci najważniejszych miast. Niezależnie od wyniku warszawskiego w tym względzie dominuje Platforma Obywatelska. Platforma dowiedziała się w wyniku wyborów samorządowych, że żyje, i to nawet niezłym życiem, stanowiąc w wielu miejscach Polski realną reprezentację wyborców. Tego komfortowego poczucia nie powinien już mieć ani rząd, ani Sejm, którego skład w świetle zakończonych wczoraj wyborów wydaje się fikcyjny. Dowiedzieliśmy się, że polski rząd opiera się na wsparciu dwóch półtrupów – Samoobrony i LPR. W Sejmie odgrywają one znaczącą rolę, która jednak okazała się pozorna w momencie, gdy wybory samorządowe zepchnęły te partie na margines. Niestety, taka sytuacja musi trwać, a to oznacza, że parlament będzie jeszcze bardziej oderwany od społecznej rzeczywistości. Ta fikcja będzie niestety trwała do końca jego kadencji. Sejm stanie się miejscem osobistych zniewag oraz bardziej i mniej sprytnych manewrów rządu dla przepchnięcia istotnych z jego punktu widzenia ustaw. Będzie się tam odbywało odzyskiwanie elektoratów przy pomocy teatralnych gestów, ale obywatele nic z tego nie będą mieli. Rząd oczywiście nie może się poddać takiemu wrażeniu, bo zdaje sobie sprawę, że od owych dwóch politycznych półtrupów zależy jego być albo nie być. Jednak dziś to, co Andrzej Lepper lubi najbardziej – głębokie spojrzenie w oczy Jarosława Kaczyńskiego – może nie być już tak przyjemne jak dawniej. Domyślam się, że po takim nokaucie koalicyjnych partnerów odcień oczu prezesa PiS stanie się dla nich dużo zimniejszy. Koalicjanci staną się już tylko złem koniecznym, żadną wartością.
W obliczu fikcyjności reprezentacji parlamentarnej osobowości poszczególnych liderów będą się wzmacniały „do wewnątrz”. Jeszcze długo nie doczekamy się zgody choćby co do podstawowych rozwiązań. Osobowości i emocje będą odgrywać kluczową rolę w tej fikcyjnej polityce, a to nie pozwoli na dogadanie się Kaczyńskiego z Tuskiem, Tuska z Olejniczakiem i wszystkich ze wszystkimi. Czekają nas miesiące trwania w bezruchu, z którego żadna nowa jakość polityczna na poziomie centralnym się nie wyłoni.
Andrzej Zybertowicz
socjolog
W Polsce socjologowie od dawna mówią o problemie pęknięcia na Polskę postsolidarnościową i postkomunistyczną. Później ogłoszono podział na Polskę socjalną i liberalną. Gdyby różne podziały rzeczywiście zaczęły się na siebie nakładać, to Polskę rozdzieliłby głęboki, niebezpieczny rów społeczny. Jednak wybory samorządowe pokazały, że tak nie będzie. Lokalnie już powstają i będą nadal tworzone różnokolorowe sojusze: Platforma tu i tam już dogaduje się z PiS, gdzie indziej z PSL; nie wyklucza układw z SLD. Z perspektywy spójności społeczeństwa to zjawisko pozytywne, bo oznacza, że nie tworzy się jakieś jedno głębokie rozdarcie między Polakami, gdzie kumulowałyby się różne napięcia. Bezzasadne okażą się więc prognozy wielkiego narodowego konfliktu, gorącej jesieni, a najdalej wiosny znaczonej wielkimi protestami społecznymi itp.
Normalne podziały polityczne wyrażają się w debacie publicznej i grach wyborczych – i tak będzie nadal. Platformie nie udało się przekonać wyborców, że rządy PiS prowadzą Polskę ku strasznej klęsce i znalazła się w sytuacji trudnej: po dwóch kampaniach wyborczych przegranych rok temu dziś niezbyt przekonująco wygrała samorządy. Nie musi to oznaczać zmiany kierownictwa PO: przetrwa ono tak długo, jak długo będzie umiało zaspokajać oddolne ciśnienie na stanowiska. To zaś pokazuje, jak wiele zależy od tego, czy PiS zmieniając ustawę o wojewodach, będzie mogło kontrować zdobyte przez PO sejmiki wojewódzkie. Tak długo, jak w sejmikach nie zabraknie stanowisk dla kadr PO, liderzy mogą spać spokojnie. Jednak PO znów przegrała walkę o wpływ na sposób modernizacji Polski. Jako opozycja nie pokazała poważnej alternatywy dla rządów PiS, a inaugurowany z pompą gabinet cieni wcale nie odpowiada na bieżące problemy.
PiS wychodzi z tych wyborów nieco wzmocniony, przede wszystkim wobec sejmowych koalicjantów. Oznacza to najpewniej względną stabilność koalicji PiS – LPR – Samoobrona. Jeśli kierownictwo PiS nie urazi koalicjantów antagonizującymi wypowiedziami, to koalicja rządowa może dotrwać do końca kadencji.
Tomasz Sakiewicz
redaktor naczelny "Gazety Polskiej"
Polska scena polityczna polaryzuje się na dwa główne obozy, z PiS i PO na czele. Gdyby policzyć ilość głosów oddanych na te partie w pierwszej turze wyborów samorządowych, to okaże się, że uzyskały one więcej niż w wyborach parlamentarnych. To oznacza, że proces polaryzacji się pogłębia. Niebawem wykształci się więc obóz o silnym nastawieniu antykomunistycznym związany z PiS, proreformatorski w takich dziedzinach jak polityka zagraniczna i bezpieczeństwa, wymiar sprawiedliwości czy walka z korupcją, oraz drugi obóz na czele z PO, o odcieniu liberalnym, który będzie musiał zagospodarować elektorat sceptyczny wobec programu zbyt głębokich reform. Ta dwubiegunowość będzie musiała rodzić napięcia, które już dziś widać w samej PO, gdzie część polityków wykazała się podobnymi poglądami jak kandydat PiS w Krakowie. Okazało się, że w Platformie jest grono polityków, którzy zgadzają się z braćmi Kaczyńskimi co do tego, że Polska wymaga zdecydowanych zmian. Potwierdziło się jednak, że ok. 20 proc. wyborców wciąż stanowi elektorat lewicowy, a to zmusi PO jako całość do zwrócenia twarzy na lewo, w stronę antypisowskiego elektoratu SLD. Platforma straci swój rys antykomunistyczny, a stanie się ugrupowaniem konserwującym zastany porządek III RP. Zdaje się, że jest to proces w dużym stopniu niezależny od woli liderów, a mimo to coraz wyraźniejszy, tym bardziej, im bardziej Platforma chce kreować swoją tożsamość na bazie opozycji wobec PiS. W takiej sytuacji napięcie w Platformie jest nieuniknione, bo wielu polityków, jak Jan Rokita, z taką twarzą PO się nie pogodzi. Może to zaowocować powstaniem wewnętrznej opozycji w łonie samej partii lub utworzeniem trzeciej siły usytuowanej pomiędzy PiS a PO.
Wbrew propagandzie sukcesu mam też wrażenie, że klęskę w wyborach samorządowych poniosła lewica, i to szeroko pojęta: od Samoobrony po SLD. Samoobrona uzyskała bardzo słaby wynik, a zjednoczeni postkomuniści i demokraci dostali takie samo poparcie jak w wyborach parlamentarnych, które uznane były za zupełną porażkę. To stanowi wyraźny sygnał ze strony wyborców, że lewica taka jak ta, którą znają od 17 lat, nie ma już racji bytu. Lewica jest w Polsce potrzebna, ale zupełnie inna i budowana na zupełnie nowych zasadach. W niedalekim czasie powinna więc taka alternatywa na scenie politycznej się pojawić.
socjolog
Wyniki wyborów samorządowych w Polsce potwierdzają tezę, że: jednym z podstawowych zamysłów Jarosława Kaczyńskiego było wchłonięcie przez PiS znacznej części elektoratu prawicowego z pominięciem największych radykałów. Chodziło o zbudowanie wielkiej partii o charakterze narodowo-ludowo-katolickim. Wyniki wyborów samorządowych ze słabym wynikiem Samoobrony i bardzo słabym LPR mogą świadczyć o tym, że zamysł ten zostanie z powodzeniem zrealizowany. Pod szyldem Ligi pozostał już tylko najbardziej radykalny odłam, a Samoobrona od początku była zlepkiem ludzi bardzo różnych orientacji połączonych uczuciem niezadowolenia i negujących panujący porządek. Roman Giertych powinien być zadowolony – jako lider LPR nie mógłby nawet marzyć o tym, co już osiągną, pozostając w koalicji z PiS i pełniąc funkcję ministra edukacji. Obecny kszałt ideowy PiS i jawne nawiązanie do tradycji endeckiej oznacza obecność Giertycha w tej partii jako coś naturalnego i zgoła pożądanego. Jest tylko kwestią czasu, by Giertych stał się po prostu członkiem PiS.
Wybory lokalne pokazały też niemoc środowisk dawnej Unii Demokratycznej. Nic im nie pomógł mariaż z SLD. Demokraci.pl pozostaną na długo, jeśli nie na zawsze, w niebycie. Piszę o tym z przykrością, bo w dziwny sposób marnowany jest cenny potencjał dawnych wyborców i Unii Demokratycznej, i Unii Wolności. A jest to potencjał, jak wciąż wierzę, prawdziwie obywatelski, a przy tym szczególnie ważny dla społeczności lokalnych.
Platforma Obywatelska odtrąbiła swoje zwycięstwo w samorządach, ale na miejscu liderów PO nie byłbym wcale taki zadowolony. Zwycięstwo PO w sejmikach wojewódzkich i w dużych miastach nie dziwi, jednak PiS udało się zagarnąć prowincję. W dodatku elektorat PiS spojony jest wyrazistym światopoglądem i negatywnymi uczuciami wobec dotychczasowego ładu państwowego. Nadaje to siłę przywiązaniu do partii i jej liderów. Elektorat PO jest inny, znacznie bardziej zróżnicowany, otwarty na świat, aktywny i w dużym stopniu widzi w PO opozycję do zaściankowego PiS. Ale PO nie daje jasnego, ideowego komunikatu, a znaczna część partii sprawia wrażenie, że chciałaby się znaleźć w jakimś katolickim PiS, tylko może bez nacjonalistyczno-ludowej atmosfery.
Tymczasem jest w Polsce do zagospodarowania ogromna rzesza ludzi raczej młodych, myślących politycznie, pragnących Polski otwartej, wyznających patriotyzm innego odcienia niż endecki, nieupatrujących niebezpieczeństwa w zasadzie tolerancji. Znaczna ich część nie jest aktywna politycznie i macha ręką na wybory. Ich pozyskanie, ich przemiana w obywateli chętnych do aktywnego wzięcia spraw w swoje ręce jest możliwa, o ile znajdą swą reprezentację. PO nie potrafi zdefiniować tych potrzeb i nie znajduje dla nich odpowiedzi, wciąż w gruncie rzeczy oddając się wyłącznie konkurowaniu o chadecką część elektoratu PiS. Elektorat PO, gdy tylko znajdzie jakąś propozycję jasno wyrażającą jego wizję świata i wartości, wród których liberalno-demokratyczne credo zajmować będzie centralną pozycję – odpłynie od Platformy. A wydaje mi się, że w niedalekiej przyszłości takie alternatywne wobec obu dominujących ugrupowań środowisko musi powstać. Postkomuniści utracili wiarygodność i nie mają energii, by sprostać takiemu zadaniu. Myślę jednak, że zacznie się wyłaniać polityczne środowisko liberalne, lewicujące i centrowe, które wytworzy nowe ugrupowanie. Nie sądzę, żeby to była radykalna „nowa lewica”, lecz znacznie bardziej szerokie w poglądach ugrupowanie liberalno-demokratyczne. Chyba że wszyscy zainteresowani przeniosą się na Wyspy Brytyjskie, zostawiając Polskę endeckim zmorom…
Dorota Gawryluk
dziennikarka
Dla dwóch największych partii – PiS i PO – które rok temu zamiast koalicji zafundowały nam wojnę, wybory samorządowe stały się polem kolejnej bitwy, szansą na przegrupowanie sił, policzenie szeregów i poznanie strategii przeciwnika. Dały też możliwość zweryfikowania politycznych tez i kalkulacji. Mam wrażenie, że dla jednego z głównych graczy te wybory mogą stać się początkiem poważnych kłopotów.
Kiedy porównać PO i PiS przed samorządową bitwą z obrazem, który wyłania się po wyborach, chyba największe lanie dostała Platforma Obywatelska. I nie chodzi o proste przeliczenie łupów. Platforma wygrała przecież w największych miastach. Przegrała jednak te wybory w sensie psychologicznym. I to może być kluczowy moment dla kształtu sceny politycznej w Polsce.
Mówiąc o klęsce psychologicznej, mam na myśli głównie to, że nadzieje PO na szybkie odebranie władzy Kaczyńskim legły w gruzach. Koalicjanci PiS też dostali po łapach, więc trudno spodziewać się, by zależało im na zerwaniu koalicji i wcześniejszych wyborach.
Miał więc być nokaut PiS, a wyszedł kuksaniec. PO, która już przed wyborami wyczerpała wszystkie zapasy opozycyjnego arsenału i znalazła się pod ścianą, po wyborach nie poczuła się lepiej. Nie ma skrzydeł, nie ma wytyczonego kursu. Trudno zatem o udany lot. W dodatku pilot ma inną wizję niż pasażerowie samolotu. Tusk myśli głównie o prezydenturze, Rokita o własnej pozycji w partii, część PO chętnie poszłoby z wyrastającym na lidera zjednoczonej lewicy Markiem Borowskim, a część z Kaczyńskim. PO liczyło na rozłam w PiS, a doczekało się pęknięcia u siebie, które najmocniej wyraziło się poparciem Rokity dla Terleckiego, kandydata PiS na prezydenta Krakowa.
Jeśli chodzi o rządzących, wybory pokazały, że udało im się dopiąć swego w paru sprawach. Zmarginalizowali sojuszników – zyskali czas na rządzenie i czas na pozyskanie nowych zwolenników. Nie spodziewam się zatem rewolucji w obozie rządzącym. Najciekawsze rzeczy będą się działy zapewne na linii PO – lewica. Za dwa lata głównym konkurentem największej partii prawicowej w Polsce, czyli PiS, może być ugrupowanie, które nie nazywa się PO, albo też będzie to PO, ale już nie Donalda Tuska. Pytanie, co dalej z Janem Rokitą? Z ludzi należących dziś do PO może zlepić się całkiem nowa jakość polityczna, która będzie budować swoją przyszłość na osobowościach, które po wyborach są przezydentami największych polskich miast. Być może tam Jan Rokita znajdzie swoje nowe miejsce. Trudno sobie bowiem wyobrazić zarówno to, żeby został w PO po burzy, jaką rozpętał w Krakowie, i wypowiedziach Tuska mocno godzących w jego ego, jak i jego zmianę politycznych barw na pisowskie.
Janina Paradowska,
publicystka "Polityki"
Po wyborach samorządowych powinna przede wszystkim skończyć się dyskusja o terminie wyborów parlamentarnych. Żadne z ugrupowań nie ma powodu, by do nich zmierzać. Gdy wyniki wyborów do sejmików, a więc te najbardziej partyjne, przełożyć na podział mandatów w parlamencie okazuje się, że wprawdzie PO byłaby największą siłą w Sejmie (162 miejsca), ale nawet w sojuszu z PSL (64 miejsca) nie mogłaby sformować rządu bez posiłkowania się Lewicą i Demokratami (74 miejsca). PiS (142 miejsca) tym bardziej nie ma powodu, by do wyborów dążyć, gdyż władzę zdecydowanie traci, o czym zadecydował słaby wynik Samoobrony (15 miejsc) i nieobecność LPR. To ćwiczenie z hipotetycznego podziału mandatów może być dla polityków bardzo otrzeźwiające.
Wydaje się więc, że po wyborach samorządowych zapanuje stabilizacja, co nie znaczy, że polityka stanie się spokojniejsza. Przed największym wyzwaniem staje obecnie Jarosław Kaczyński, któremu rozpadł się plan budowy dużego prawicowego ugrupowania od narodowo-katolickiej prawicy po liberalne centrum. Wybory pokazały, że konserwatywno-liberalne centrum utracił. Kaczyński utracił bowiem – co jest być może najbardziej dotkliwe – znaczną część wyborcy inteligenckiego, lepiej wykształconego, młodego, a więc tego, który może być motorem modernizacji Polski. Bez zasadniczej zmiany polityki, a także politycznej retoryki powrót do centrum nie jest możliwy. Komisje śledcze, chaos, gra przeciekami i prokuraturą okazują się mało wydajne. Celem Kaczyńskiego powinno więc być uspokojenie polityki i pokazanie efektów rządzenia, których zdecydowanie brak. Sypią się bowiem najważniejsze programy, choćby bardzo społecznie nośne „tanie państwo”, a coraz bardziej widoczny jest jeden cel – partyjny podbój tegoż państwa przez kadry marnej jakości. Znacząca rekonstrukcja rządu, pozbawienie Romana Giertycha teki ministra edukacji, wzmocnienie resortów gospodarczych, w tym także finansów, gdyż nie wydaje się, by Zyta Gilowska po lustracyjnych przejściach miała jakąkolwiek reformatorską moc, mogłyby zmienić wizerunek rządu, a tym samym Prawa i Sprawiedliwości. Jaka jednak będzie odpowiedź koalicjantów, którzy spróbują odwojować utracone pozycje? Wydaje się, że mogą nią być postulaty coraz bardziej radykalne, zwłaszcza że zbliżają się tak ważne wydarzenia jak przedłużenie misji w Iraku czy wysłanie żołnierzy do Afganistanu. Zanosi się więc na stabilizację w nieustannej szarpaninie. Być może rząd mniejszościowy wspierany przez prezydenta byłby rozwiązaniem lepszym, tym bardziej że Kaczyński swe zasadnicze polityczne zamiary (CBA, WSI) już przeprowadził i większość sejmowa jest mu potrzebna w sposób umiarkowany. To jest rozwiązanie ryzykowne, ale premier pokazał, że jest politykiem, który ryzyka się nie boi.
Po opozycyjnej stronie należy się spodziewać zacieśnienia aliansu PO i PSL, o ile politykom Platformy starczy mądrości, by ten sojusz, będący najciekawszym efektem wyborów samorządowych, umacniać. Daje on PO szansę na zastąpienie PiS w przyszłości i stworzenie dużej, centrowo-konserwatywnej koalicji wyborczej. Nie wydaje się prawdopodobny rozpad PO w sytuacji, gdy obejmuje ona tak znaczną władzę w terenie. Nawet odejście Jana Rokity (mało zresztą prawdopodobne) nie miałoby większego znaczenia. Rolę konserwatywnego filara Platformy coraz bardziej przejmuje bowiem Bronisław Komorowski. Triumwirat Tusk-Komorowski-Pawlak wydaje się dla PO rozwiązaniem optymalnym, wyraźnie dystansującym PO od PiS. Lewica i Demokraci są dopiero na początku drogi, i to trudnej. Ich szansą był POPiS; gdy go nie ma, ich pole gry wyraźnie się zawęża. Mogą pozostać na poziomie, który osiągnęli w wyborach samorządowych, i być składnikiem koalicji z PO i PSL, co zapewne zdarzy się w wielu samorządach.
Jarosław Flis
politolog
PO i PiS wyszły z tych wyborów osłabione, ale nic nie wskazuje na to, by miały cokolwiek zmienić w swych strategiach, grożących im narastającą degrengoladą. Tymczasem twarde dane są nieubłagane. Niezależnie od tego, jak przedstawiają to media oraz sami zainteresowani, Polska nie jest ani odrobinę bardziej podzielona pomiędzy dwie główne partie, niż była przed rokiem. Jest nawet podzielona odrobinę mniej. Łączne poparcie PSL oraz Lewicy i Demokratów jest już większe od tegorocznego wyniku PO i zeszłorocznego wyniku PiS. Dwie postsolidarnościowe partie razem zyskują ledwo ponad połowę oddanych głosów. Arytmetyka przemawiałaby za jak najszybszym porozumieniem. Dotychczasowi sojusznicy PiS są zbyt słabi, by zapewnić całej koalicji zwycięstwo, i za ich poparcie trzeba płacić utratą umiarkowanego elektoratu. Współopozycjoniści PO najwyraźniej zyskują na obecnym podziale drugi oddech i nic nie wskazuje na to, by byli mniej chętni do upokarzania PO, niż chce to robić PiS. Samodzielne rządy Platformy są mirażem, w który wierzy już chyba tylko Donald Tusk. Jednak likwidacja przeszkód na drodze do odtworzenia POPiS-u jest dziś także trudna do wyobrażenia.
Jarosław Kaczyński zbyt wiele młynków wykręcił w ostatnim roku, by można było uznać jego deklaracje o chęci współpracy z PO jako przełom. Wszystkie dotychczasowe zwroty okazywały się tylko nabieraniem zamachu przed kolejnym uderzeniem. Po poprzednim pojednawczym apelu, zawartym w exposé, przyszła wojna o blokowanie list. Trudno się dziwić, że PO zjeża się na sam dźwięk propozycji współpracy. Zwłaszcza że moment zgłoszenia tej ostatniej jednoznacznie wskazuje, jakie taktyczne korzyści może z tego odnosić PiS. Premier zaczyna przypominać Karela Čapka, który ponoć tyle razy nabierał znajomych fałszywymi zawiadomieniami o swojej śmierci, że na prawdziwy pogrzeb nikt już nie przyszedł. Nie sposób zgadnąć, co takiego mógłby zrobić Kaczyński, by ktoś uwierzył, że tym razem chce porozumienia naprawdę.
PO nieustająco zachęcana do jednoznaczności i wyrazistości największy sukces w przekonywaniu o diaboliczności PiS odniosła wśród swoich najtwardszych zwolenników. Dziś przyznanie się w trakcie uczelnianych wykładów lub w środowisku przedsiębiorców do głosowania na PiS jest aktem cywilnej odwagi. Wojowniczy „pisofobi” to nie jest cały elektorat PO, ale to on nadaje ton publicznym przekazom i tworzy atmosferę w kluczowych środowiskach. To jednak zraża część umiarkowanych wyborców, niezwykle ogranicza pole manewru, a i tak nie daje przewagi nad konkurencją z LiD. Zmiana tej strategii wymagałaby jednak jakiegoś wstrząsu. Wybory samorządowego go nie przyniosły.
Tusk i Kaczyński będą zapewne liczyć na to, na co liczyli do tej pory. Pierwszy czekał będzie na kolejne potknięcia rządu i ciągle wierzył, że to jemu przypadnie premia za obalenie demonizowanego „kaczyzmu”. Drugi będzie pokładał nadzieję w tym, że gospodarcze sukcesy pozwolą uniknąć spalenia się rządzących, zaś spory opozycji pozwolą wyłuskać z niej wreszcie brakujący kawałek układanki – konserwatywne skrzydło PO, czy też cały PSL. W imię tych nadziei obaj będą podtrzymywać taktyczne sojusze, nie bacząc na to, że wątpliwi koalicjanci wciągają ich w coraz większe tarapaty. Wstrząs, który mógłby zmusić ich do zmiany strategii, jest dopiero przed nami.
Piotr Najsztub
publicysta "Przekroju"
Na ogół jest tak, że ton polityce lokalnej nadają prezydenci najważniejszych miast. Niezależnie od wyniku warszawskiego w tym względzie dominuje Platforma Obywatelska. Platforma dowiedziała się w wyniku wyborów samorządowych, że żyje, i to nawet niezłym życiem, stanowiąc w wielu miejscach Polski realną reprezentację wyborców. Tego komfortowego poczucia nie powinien już mieć ani rząd, ani Sejm, którego skład w świetle zakończonych wczoraj wyborów wydaje się fikcyjny. Dowiedzieliśmy się, że polski rząd opiera się na wsparciu dwóch półtrupów – Samoobrony i LPR. W Sejmie odgrywają one znaczącą rolę, która jednak okazała się pozorna w momencie, gdy wybory samorządowe zepchnęły te partie na margines. Niestety, taka sytuacja musi trwać, a to oznacza, że parlament będzie jeszcze bardziej oderwany od społecznej rzeczywistości. Ta fikcja będzie niestety trwała do końca jego kadencji. Sejm stanie się miejscem osobistych zniewag oraz bardziej i mniej sprytnych manewrów rządu dla przepchnięcia istotnych z jego punktu widzenia ustaw. Będzie się tam odbywało odzyskiwanie elektoratów przy pomocy teatralnych gestów, ale obywatele nic z tego nie będą mieli. Rząd oczywiście nie może się poddać takiemu wrażeniu, bo zdaje sobie sprawę, że od owych dwóch politycznych półtrupów zależy jego być albo nie być. Jednak dziś to, co Andrzej Lepper lubi najbardziej – głębokie spojrzenie w oczy Jarosława Kaczyńskiego – może nie być już tak przyjemne jak dawniej. Domyślam się, że po takim nokaucie koalicyjnych partnerów odcień oczu prezesa PiS stanie się dla nich dużo zimniejszy. Koalicjanci staną się już tylko złem koniecznym, żadną wartością.
W obliczu fikcyjności reprezentacji parlamentarnej osobowości poszczególnych liderów będą się wzmacniały „do wewnątrz”. Jeszcze długo nie doczekamy się zgody choćby co do podstawowych rozwiązań. Osobowości i emocje będą odgrywać kluczową rolę w tej fikcyjnej polityce, a to nie pozwoli na dogadanie się Kaczyńskiego z Tuskiem, Tuska z Olejniczakiem i wszystkich ze wszystkimi. Czekają nas miesiące trwania w bezruchu, z którego żadna nowa jakość polityczna na poziomie centralnym się nie wyłoni.
Andrzej Zybertowicz
socjolog
W Polsce socjologowie od dawna mówią o problemie pęknięcia na Polskę postsolidarnościową i postkomunistyczną. Później ogłoszono podział na Polskę socjalną i liberalną. Gdyby różne podziały rzeczywiście zaczęły się na siebie nakładać, to Polskę rozdzieliłby głęboki, niebezpieczny rów społeczny. Jednak wybory samorządowe pokazały, że tak nie będzie. Lokalnie już powstają i będą nadal tworzone różnokolorowe sojusze: Platforma tu i tam już dogaduje się z PiS, gdzie indziej z PSL; nie wyklucza układw z SLD. Z perspektywy spójności społeczeństwa to zjawisko pozytywne, bo oznacza, że nie tworzy się jakieś jedno głębokie rozdarcie między Polakami, gdzie kumulowałyby się różne napięcia. Bezzasadne okażą się więc prognozy wielkiego narodowego konfliktu, gorącej jesieni, a najdalej wiosny znaczonej wielkimi protestami społecznymi itp.
Normalne podziały polityczne wyrażają się w debacie publicznej i grach wyborczych – i tak będzie nadal. Platformie nie udało się przekonać wyborców, że rządy PiS prowadzą Polskę ku strasznej klęsce i znalazła się w sytuacji trudnej: po dwóch kampaniach wyborczych przegranych rok temu dziś niezbyt przekonująco wygrała samorządy. Nie musi to oznaczać zmiany kierownictwa PO: przetrwa ono tak długo, jak długo będzie umiało zaspokajać oddolne ciśnienie na stanowiska. To zaś pokazuje, jak wiele zależy od tego, czy PiS zmieniając ustawę o wojewodach, będzie mogło kontrować zdobyte przez PO sejmiki wojewódzkie. Tak długo, jak w sejmikach nie zabraknie stanowisk dla kadr PO, liderzy mogą spać spokojnie. Jednak PO znów przegrała walkę o wpływ na sposób modernizacji Polski. Jako opozycja nie pokazała poważnej alternatywy dla rządów PiS, a inaugurowany z pompą gabinet cieni wcale nie odpowiada na bieżące problemy.
PiS wychodzi z tych wyborów nieco wzmocniony, przede wszystkim wobec sejmowych koalicjantów. Oznacza to najpewniej względną stabilność koalicji PiS – LPR – Samoobrona. Jeśli kierownictwo PiS nie urazi koalicjantów antagonizującymi wypowiedziami, to koalicja rządowa może dotrwać do końca kadencji.
Tomasz Sakiewicz
redaktor naczelny "Gazety Polskiej"
Polska scena polityczna polaryzuje się na dwa główne obozy, z PiS i PO na czele. Gdyby policzyć ilość głosów oddanych na te partie w pierwszej turze wyborów samorządowych, to okaże się, że uzyskały one więcej niż w wyborach parlamentarnych. To oznacza, że proces polaryzacji się pogłębia. Niebawem wykształci się więc obóz o silnym nastawieniu antykomunistycznym związany z PiS, proreformatorski w takich dziedzinach jak polityka zagraniczna i bezpieczeństwa, wymiar sprawiedliwości czy walka z korupcją, oraz drugi obóz na czele z PO, o odcieniu liberalnym, który będzie musiał zagospodarować elektorat sceptyczny wobec programu zbyt głębokich reform. Ta dwubiegunowość będzie musiała rodzić napięcia, które już dziś widać w samej PO, gdzie część polityków wykazała się podobnymi poglądami jak kandydat PiS w Krakowie. Okazało się, że w Platformie jest grono polityków, którzy zgadzają się z braćmi Kaczyńskimi co do tego, że Polska wymaga zdecydowanych zmian. Potwierdziło się jednak, że ok. 20 proc. wyborców wciąż stanowi elektorat lewicowy, a to zmusi PO jako całość do zwrócenia twarzy na lewo, w stronę antypisowskiego elektoratu SLD. Platforma straci swój rys antykomunistyczny, a stanie się ugrupowaniem konserwującym zastany porządek III RP. Zdaje się, że jest to proces w dużym stopniu niezależny od woli liderów, a mimo to coraz wyraźniejszy, tym bardziej, im bardziej Platforma chce kreować swoją tożsamość na bazie opozycji wobec PiS. W takiej sytuacji napięcie w Platformie jest nieuniknione, bo wielu polityków, jak Jan Rokita, z taką twarzą PO się nie pogodzi. Może to zaowocować powstaniem wewnętrznej opozycji w łonie samej partii lub utworzeniem trzeciej siły usytuowanej pomiędzy PiS a PO.
Wbrew propagandzie sukcesu mam też wrażenie, że klęskę w wyborach samorządowych poniosła lewica, i to szeroko pojęta: od Samoobrony po SLD. Samoobrona uzyskała bardzo słaby wynik, a zjednoczeni postkomuniści i demokraci dostali takie samo poparcie jak w wyborach parlamentarnych, które uznane były za zupełną porażkę. To stanowi wyraźny sygnał ze strony wyborców, że lewica taka jak ta, którą znają od 17 lat, nie ma już racji bytu. Lewica jest w Polsce potrzebna, ale zupełnie inna i budowana na zupełnie nowych zasadach. W niedalekim czasie powinna więc taka alternatywa na scenie politycznej się pojawić.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|